Miłość silniejsza niż śmierć – recenzja książki “Gdzie jesteś?”

Właśnie rozpoczął się drugi miesiąc wakacji, w związku z tym w wolne dni nadal można zmniejszać swój „stosik wstydu”. Ostatnio żyłam w świecie Hogwartu, a po „Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu” miałam lekkiego kaca książkowego. Postanowiłam więc wziąć chwilowy oddech od magii i przeczytać „Gdzie jesteś?”, autorstwa Anny Piróg.

Jednym z głównych bohaterów powieści jest hrabia Armand, który nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanej Anny. W ramach poszukiwania ukojenia wyjeżdża on poza granice kraju i przez jakiś czas mieszka w Aylesford w Anglii u swojego krewnego. Przez ciągłe zmiany nastroju, w kręgu towarzyskim jest uważany za kogoś niepoczytalnego. Czy w końcu uda mu się znaleźć spokój?

„Gdzie jesteś?” to romans z lekką nutką nadprzyrodzonych mocy, które są idealnym dodatkiem do całości. Historia opowiedziana została z perspektywy narratora trzecio osobowego. Autorka w bardzo interesujący sposób operowała słowem, zręcznie prowadząc czytelnika między jednym wydarzeniem a drugim. Warto też wspomnieć, że akcja książki działa się w 1828 roku.

Polubiłam prawie wszystkie postaci, występujące w powieści oprócz kuzynki Armanda i jej rodziny. Cieszę się więc, że były to tylko postacie drugoplanowe. Nie polubiłam również Oktawiana Bronickiego ze względu na jego paskudne zachowanie. Oczywiście rozumiem kreację ich charakterów.

Jest to drugi tom cyklu „Mroczny dwór”. Pierwszej części nie zdążyłam jeszcze poznać, natomiast „Gdzie jesteś?” czytało się bardzo przyjemnie, a przy niektórych momentach nerwowo ściskałam w dłoniach czytnik, z ogromnym zainteresowaniem czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Pewnych rzeczy z przeszłości Armanda mogłam się jedynie domyślać, ale to zmotywowało mnie do sięgnięcia po poprzednią książkę autorki.

Najbardziej podobał mi się ukazany w historii motyw miłości silniejszej od śmierci oraz to, że jeżeli dwoje ludzi są sobie przeznaczeni, ich dusze zawsze się odnajdą. Sama końcówka wbiła mnie w fotel. Przyznam, że nie tak sobie ją wyobrażałam.

„Gdzie jesteś” to książka na jeden dzień, więc polecam każdemu, kto lubi romanse.

Za egzemplarz dziękuję

Opowieści prawdziwe – recenzja książki “(Na)Dzieje. 1939-2019”

Książki historyczne mają w sobie coś, co sprawia, że lubię je czytać. Jeżeli dodatkowo zawierają w sobie informacje o ludziach, którzy żyli naprawdę oraz przybliżają ich życiorysy, zazwyczaj znajdują się one w moim must read. Tak było na przykład w przypadku serii dla dzieci „Damy dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” i „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy”, a także z książkami opisującymi klan Kossaków i klan Matejków. Teraz przyszedł czas, aby opowiedzieć o kolejnym dziele literackim opartym na faktach, czyli o „(Na)Dziejach. 1939-2019” autorstwa Wandy Romer.

Zarówno narratorką jak i bohaterką biografii jest sama autorka, która zabiera nas w czasy swojej młodości, kiedy to całe jej życie wywróciło się do góry nogami. Najpierw przez śmierć ukochanego taty (Karola hr. Romera), a potem przez wybuch II Wojny Światowej, który zmusił ją do porzucenia świata, który znała i ucieczki z ukochanego przez nią kraju. Razem z Wandą i jej mamą wybieramy się w podróż po świecie, w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie można „zapuścić korzenie”.

Mimo usilnych prób, autorka nigdzie nie mogła poczuć się do końca jak u siebie i bardzo tęskniła za Polską. W końcu po wielu, wielu latach, bez obaw o swoje życie mogła powrócić w rodzinne strony.

W lekturze oprócz samego tekstu, zamieszczone zostały zdjęcia z rodzinnego archiwum autorki, przedstawiające m.in. ją samą, jej rodziców czy też dom, w którym się wychowywała. Dodatkowo każdy z bohaterów występujących w powieści posiada przypis, przybliżający w kilku słowach jego sylwetkę.  

Książkę czytało mi się naprawdę przyjemnie. Cały czas miałam wrażenie, że Pani Wanda siedzi naprzeciwko mnie i opowiada swoją historię. Autorka w bardzo ciekawy sposób przedstawiła kilkadziesiąt lat ze swojego życia, opisując zarówno te radosne, jak i te smutne chwile, a także wspomniała o zmianach, które wtedy zachodziły na świecie.

Jestem pod ogromnym wrażeniem jej osiągnięć – oprócz posady tłumacza (znała aż pięć języków), w późniejszych latach działała w polonijnym stowarzyszeniu „Ognisko Polskie”, którego prezesem była przez sześć lat. Imponująca jest także ilości osób, które poznała.

Z czystym sercem polecam tę pozycję wszystkim tym, które interesują się historią.

I znów grasuje morderca… – recenzja książki “Kobiety, które nienawidzą”

Jeszcze kilka miesięcy temu starałam się unikać kryminałów. Nie jest to mój ulubiony gatunek, więc raczej starałam się wybierać książki, które są w granicach moich zainteresowań. Jednak w okolicach marca otrzymałam możliwość zrecenzowania powieści
pt.: „Chłopcy, których kochano za mocno”, autorstwa Kazimierza Kyrcza Jr., w której poznałam Bednarskiego oraz jego ekipę policjantów, tropiących seryjnego mordercę znanego pod pseudonimem Kuba Szpikulec. Wtedy nie przypuszczałam, że pojawi się kontynuacja, czyli „Kobiety, które nienawidzą”.

Tym razem ekipa policjantów została odsunięta od sprawy mordercy prostytutek – wspomnianego wyżej Kuby Szpikulca, który nagle rozpłynął się w powietrzu. Ich zadanie przejęły osoby pracujące w Archiwum X. Jednak policjanci nie spoczęli na laurach – w mieście zaczął grasować kolejny morderca, którego ofiarami były osoby związane z policją. Przestępcę ochrzczono pseudonimem Bob Zabójca. Sytuacja skomplikowała się, gdy porwano jedną z policjantek. Czy bohaterowie zdążą ją ocalić?

Trzecio osobowa narracja jest tutaj prowadzona z perspektywy kilku osób, chociaż podczas czytania odniosłam wrażenie, że nazwisko Bednarskiego powtarzało się najczęściej. Podobnie jak w przypadku poprzedniego tomu, myliły mi się poszczególne osoby, które występowały w opowiedzianej historii, przez co trochę ciężko się czytało i musiałam „skakać” między stronami, żeby załapać, kto jest kim.

Przyznaję, że dzięki tej książce, patrzę na kryminały nieco przychylniejszym okiem. Jakoś w połowie lektury pomyślałam, że nawet zaczynam lubić ten gatunek. Podczas czytania nie typowałam, kto był mordercą, dałam się ponieść nurtowi historii, którą autor bardzo dobrze wykreował. W trakcie lektury dwa razy udało mi się nawet zaśmiać, a także otworzyć oczy ze zdumienia, kiedy zbliżałam się do finału.

Mam taką małą nadzieję, że jeszcze będę mogła przeczytać o kolejnych sprawach, rozwiązywanych przez Bednarskiego oraz jego ekipę i że w jak najkrótszym czasie uda mi się nadrobić pierwszy tom.

Za egzemplarz dziękuję

I kolejny klan… – recenzja książki “Klan Kossaków”

Idąc ulicą Floriańską w stronę rynku, na jednym ze znajdujących się tam budynków, można natknąć się na tablicę upamiętniającą Salon Malarzy Polskich Henryka Frista, promujący obrazy uznanych malarzy. Gdy zawędrujemy w okolice domu handlowego „Jubilat” i ulicę Retoryka, a dokładnie mówiąc – do placu Kossaka, znajdziemy tam słynną Kossakówkę, w której mieszkał znany malarz – Juliusz Kossak wraz z rodziną.

Tablica upamiętniająca Salon Malarzy Polskich w Krakowie


Gdy słyszę to nazwisko, to od razu na myśl przychodzi mi Simona Kossak – polska pani biolog, która pochodziła właśnie z tego rodu. Kiedy tylko dostałam kolejną książkę Marka Sołtysika, o wdzięcznym tytule: „Klan Kossaków”, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.


Podobnie jak w poprzedniej pozycji tego autora, dostajemy tu biografię pokoleń, gdzie nacisk został położony w szczególności na Juliusza i Wojciecha – dwóch słynnych malarzy z rodziny Kossaków (ten drugi najbardziej znany jest oczywiście z „Panoramy Racławickiej”, którą można oglądać w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Widziałam ją tylko raz, ale i tak zrobiła na mnie ogromne wrażenie).

Rotunda Panoramy Racławickiej

Również w powieści został wspomniany syn Wojciecha – Jerzy oraz dwie jego córki – Maria i Magdalena. Rodzeństwo również odnalazło się w dziedzinach artystycznych – Jerzy został „mistrzem pędzla” (po dziadku i ojcu), a jego siostry zajęły się pisaniem i stały się cenionymi pisarkami (mowa tu o Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej oraz Magdalenie Samozwaniec). Szkoda tylko, że autor pominął Simonę i jej siostrę – zostały tylko wspomniane z imion.

Utwór został urozmaicony fragmentami listów np. Wojciecha do swojej żony, a także reprodukcjami obrazów oraz zdjęciami osób np. Reksy (córki Magdaleny).


Podobnie jak „Klan Matejków” również i tę książkę czytało mi się szybko, przyjemnie i dużo się z niej dowiedziałam. Tak jak wspomniałam wcześniej trochę jestem rozczarowana brakiem opisu życia Simony Kossak.

Romans z intrygą – recenzja książki “Beztroski książę”

Nie pamiętam już , od czego zaczęła się moja miłość do romansów których występują osoby z królewską krwią (albo przynajmniej pochodzące z wysokich rodów) – książęta, hrabiowie, ich burzliwe romanse…mam jakiś sentyment do takich wątków, dlatego gdy Nora Roberts wydała „Beztroskiego księcia”, już nie mogłam się doczekać, kiedy go przeczytam.

Książę Bennet de Cordina ma bardzo bliskie kontakty z wieloma kobietami i nie przywykł do tego, aby któraś mu odmówiła towarzystwa. Pierwszą dziewczyną, która to zrobiła, była lady Hannah Rotchild – dama dworu żony jego brata. Chodź na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniała, było w niej coś, co go bardzo intrygowało.

Jaki jest powód odrzucenia Benneta przez Hannah? Jego reputacja, która wybiega poza granice państwa? Krzywda z przeszłości? Otóż nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje…

Mimo że w tytule widnieje słowo „książę”, romans zdecydowanie należy do świata współczesnego.

Bennet był przystojnym księciem, którym zmieniał partnerki jak rękawiczki. W trakcie czytania poznajemy jego osobowość, której nie poznała dotąd żadna jego kobieta. Przez jedną chwilę nie mogłam uwierzyć w to, co zrobił, jednak ostatecznie moja złość i niedowierzanie zniknęły, chociaż dalej potępiam jego czyn.

Bardzo też polubiłam Hannah, która najbardziej zaskoczyła mnie ze wszystkich postaci. Autorka naprawdę świetnie ją wykreowała, ukazując jej dwie natury – tą pokazywaną na co dzień i tą ukrytą głęboko w środku.

Tak jak wspominałam, uwielbiam tego rodzaju książki, więc czytałam ją z wielką przyjemnością. Raz podczas lektury serce zabiło mi mocniej. W powieści również występują sceny erotyczne, jednak są one bardzo subtelnie opisane i nie odrzucają czytelnika.

Jestem bardzo zadowolona z historii. Autorka ma lekkie pióro, dzięki czemu książkę można przeczytać w jeden dzień. Powieść nie opiera się tylko i wyłącznie na romansie, ale też na pewnego rodzaju akcji i intrygach, które idealnie dopełniają fabułę. Idealna na popołudniowy relaks.

“Moja droga do wyzdrowienia” – recenzja książki “Ja, borderline i terapia”

Według Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10, osobowość borderline, jest jedną z podrodzajów tzw. osobowości chwiejnej emocjonalnie.  U osób cierpiących na to zaburzenie można wyróżnić takie objawy jak: zaburzony obraz samego siebie, tendencja do działań impulsywnych, wybuchy emocjonalne, a także huśtawki nastrojów, stałe uczucie wewnętrznej pustki i wiele innych objawów.

Dokładnie na przypadłość borderline cierpi Ruda – główna bohaterka książki Agnieszki Rosińskiej pt. “Ja, borderline i terapia”.

Poznajemy ją w momencie, gdy choroba dość mocno daje się jej we znaki, a kobieta wreszcie znalazła pomoc u terapeutki Dagmary. Z kolejnych kartek możemy dowiedzieć się o przeszłości Rudej, która nie była usłana różami. Gwałty, toksyczne związki…to tylko niektóre z problemów, z jakimi się zmierzyła i które w bardzo mocny sposób zakorzeniły się w jej podświadomości.

Nigdy nie miałam styczności z osobą z zaburzeniami typu borderline. Tak naprawdę, gdyby nie książka pani Agnieszki, nie wiedziałabym, jak zachowuje się taka osoba, więc ciężko było mi się w tym wypadku utożsamić z bohaterką. Kobieta przejawiała większość z objawów  tego zaburzenia i trzymałam kciuki, aby udało się jej z niego wyjść. Podczas lektury widzimy, jak Ruda przepracowywała swój problem, a także z czym się mierzyła: zwątpienie, autodestrukcja i coś, co jest dość powszechne wśród bliskich niektórych osób, które cierpią na przypadłość, której się nie rozumie- brak wsparcia oraz rady typu: “Weź się w garść, inni mają gorzej”.

Opowieść  napisana jest  w formie pamiętnika, przez co czułam się, jakbym siedziała z Rudą w gabinecie terapeutki.  Z początku trochę trudno było mi się wbić w rytm czytania, ale gdy doszłam do mniej więcej połowy, wciągnęłam się na całość.

Nie jest to lekka książka, jednak porusza bardzo ważny temat, jakim jest uświadomienie sobie choroby i ciągła walka o lepszy byt. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Autorce.

Książkę można zakupić tutaj: https://przystanznami.pl/sklepik/ja-borderline-i-terapia/?fbclid=IwAR3ZG0Llyo7sjDh_LOpw5v1ARUw_cU_fbD7I08rIj_DGwRKXQL2vNIgABeo

Artystyczny Kraków – recenzja książki “Klan Matejków”

Idąc w stronę bramy Floriańskiej, tuż nieopodal Barbakanu znajduje się pomnik Jana Matejki. Odsłonięto go w 2013 roku. Natomiast kierując się wzdłuż ulicy Floriańskiej, w stronę rynku, po lewej stronie jest Dom Jana Matejki, w którym mieszkał, będąc dzieckiem. Obecnie jest to jeden z oddziałów Muzeum Narodowego w Krakowie.

Pomnik Jana Matejki

O Matejce co nieco słyszałam, zawsze coś nauczyciele mówili, ale nigdy nie interesowałam się jego życiem, a też za bardzo nauczyciele takiej wiedzy nie wymagali. Jednak, kiedy przyszła do mnie książka pt. „Klan Matejków” autorstwa Marka Sołtysika, od razu wzięłam się za jej czytanie.

Jest to typowa książka historyczna, która opisuje życie tego wielkiego malarza. Poznajemy je w momencie, kiedy umiera mu matka, a opiekę nad nim i braćmi przejmuje ojciec. I tak towarzyszymy Matejce aż do śmierci, powoli poznając jego życie, a nawet to, kim byli ludzie, których rysy można odnaleźć w jego dziełach.

Dawny dom Jana Matejki

Czytało się ją naprawdę przyjemnie i jestem bardzo zadowolona, że nie ma w niej, tylko i wyłącznie tekstu, a są dołączone zdjęcia obrazów oraz autentyczne zdjęcia Matejki, (którego zawsze widziałam jako człowieka starszego, dzięki książce zobaczyłam, jak wyglądał, kiedy był młody). Podczas czytania miałam wrażenie, że ktoś mi to wszystko opowiada. Autor ma bardzo lekkie pióro, dzięki czemu lekturę czyta się bardzo szybko.

Widząc jednak tytuł, miałam nadzieję na trochę więcej informacji o jego rodzinie, a nie tylko o samym malarzu, ale w ostatecznym rozrachunku nie wpływa to na walory książki. Dzięki niej poznałam postać, chociażby Stefana Witolda Matejki. Gdybym nie czytała tej książki, prawdopodobnie, poznałabym go dopiero wówczas, gdybym przypadkowo gdzieś natknęła się na jego dzieło.

Prawie zalany Kraków – recenzja książki “Powódź”

Kraków jest miastem pełnym inspiracji – dorożki, kawiarnie, liczne muzea… Tematy na powieści i reportaże wręcz „leżą” na ulicy, jak określił to jeden z moich wykładowców. Paweł Fleszar, autor powieści pt.: „Powódź” po części zainspirował się…barkami, które są zakotwiczone na Wiśle.

Książka opowiada historię Krisa, prowadzącego śledztwo w sprawie rzekomego samobójstwa swojego przyjaciela z dzieciństwa. Szuka on również tajemniczej Zuzy – dziewczyny z portretu, znajdującego się na odwrocie pożegnalnego listu, który zostawił Kuba. W śledztwie pomaga mu Marika – przypadkowo spotkana nastolatka oraz Kamil – kolega Mariki, spec od komputerów. Dlaczego Kuba popełnił samobójstwo? I co oznacza tajemnicza „Powódź”, widniejąca w tytule książki, a także kim jest tajemnicza dziewczyna, po której nie został żaden ślad?


Nie czytam jakoś dużo kryminałów więc pozycja ta jest to dla mnie pewnego rodzaju odskocznią od moich ulubionych gatunków. Jak we wszystkich książkach tego typu dałam się ponieść akcji i nie dumałam nad tym, kto jest winny, a kto nie.

Widok na zacumowane barki na Wiśle, w tle most Grunwaldzki


Kris jest głównym bohaterem „Powodzi”. To były żołnierz, ojciec małego Szymka i mąż Natalii, z którą ma problemy małżeńskie. Potępiłam go tylko raz, kiedy zrobił coś, czego nigdy bym mu nie wybaczyła. Zresztą potępiłam też za to jego żonę.


Tak naprawdę podczas czytania nie polubiłam tylko i wyłącznie Mariki – jakoś na samym początku mnie odpychała, a pod koniec była mi zupełnie obojętna.


Lubiłam za to Kamila, typowego komputerowca, który na swój sposób był mądry i lojalny, a także pokazał, że mimo wszystko będzie chronić Marikę.


Powieść jest napisana dwutorowo – z jednej strony mamy do czynienia ze śledztwem w sprawie samobójstwa, a z drugiej z opisem walki jaką Kraków toczył z powodzią, która mogła zalać miasto.


Bardzo podobały mi się wycinki z gazet i artykułów (pojawiły się w nich wzmianki o darknecie, handlu dziewczynami oraz filmami prawdziwych zabójstw), będące przerywnikami podczas kolejnych, można by powiedzieć rozdziałów.


Książka jest dość krótka i daje się przeczytać w jeden dzień. Spędziłam z nią bardzo miło czas, jeszcze przed kwarantanną. Podczas czytania trzeba zwrócić uwagę na szczegóły i szczególiki, które mają znaczenie dla fabuły powieści.

I poproszę Cię o… – recenzja książki “Przysługa”

Od świąt 2018 roku już minęło trochę czasu, to w tamtym okresie pisałam recenzję „Spadku” autorstwa Beaty Dmowskiej. Teraz przyszedł czas, aby przedstawić wam drugi tom, czyli „Przysługę”, która miała premierę 17.02.2020. Cieszę się, że znów mogłam wrócić do „nawiedzonej” Romanówki.

Tym razem główna bohaterka – Natalia, wraz z córką i swoją przyjaciółką, czekają na moment, kiedy będą mogły wykopać z ogródka skarb po jej zmarłej babce. Gdy w końcu nadchodzi ten upragniony dzień, zamiast skarbu – wykopują szkielet człowieka. Po zbadaniu materiały genetycznego, wychodzi na jaw, że jest to ciało zaginionej siedem lat temu Ukrainki, która dorabiała w sadzie jej już nieżyjącego dziadka. Dodatkowo córka Natalii – Marta po tym tajemniczym znalezisku, zaczyna się dziwnie zachowywać, aby potem z dnia na dzień zniknąć. Pozostaje też najważniejsze pytanie – a co ze skarbem?

W drugiej części Natalia musiała zmierzyć się z koszmarem, jaki przeżywa rodzic, gdy nagle zniknie jego jedyne dziecko. Doświadczyła chwilowego załamania nerwowego, z którym pomogła się jej uporać Karolina – najlepsza przyjaciółka bohaterki. Jednocześnie miała w sobie ogromne pokłady determinacji, aby znaleźć swoją córkę całą i zdrową.

Podczas czytania „Spadku”, naprawdę, ale to naprawdę nie znosiłam Marty, dopiero pod koniec miałam do niej mocno neutralny stosunek, który towarzyszył mi przez całą „Przysługę”.

Pojawiła się też jedna postać, denerwująca mnie, odkąd tylko przeczytałam o niej po raz pierwszy. Chodzi tutaj o komisarza Godlewskiego. Z jakiegoś powodu nie lubiłam go od samego początku, a znielubiłam jeszcze bardziej, gdy zaczął się kręcić w pobliżu Natalii. Oczywiście, miał w tym swój cel. Potrzebował od niej paru informacji, które mogłyby doprowadzić go do skarbu, ukrytego przez jej babcię…

Mimo że na początku trochę topornie mi szło czytanie, to byłam bardzo zainteresowana treścią. Sama chciałam poznać tajemniczy skarb, który napsuł bohaterce krwi.

Musiałam też od nowa przypomnieć sobie, kto jest kim w powieści, a w dodatku doszło parę nowych postaci, ale w końcu udało mi zorientować, kto jaką rolę odegrał w życiu Natalii.

Książkę czyta się naprawdę szybko, a klimat został utrzymany w gatunku powieści obyczajowej, z lekkim kryminałem. Akcja rozwija się stopniowo, aby w końcu doprowadzić do kulminacyjnego finału, który rozwiązuje wszystkie wątki.

Polecam wszystkim, którzy lubią takie połączenie gatunków, a także tym, którzy chcą spędzić przyjemnie czas z książką.

Za egzemplarz dziękuję

Morderczy Kraków – recenzja książki “Chłopcy, których kochano za mocno”

Czytanie książek z danej serii od środka, jest dość nieprzyjemne, ale na upartego da się przeczytać. Jednak nie trzeba sobie komplikować życia, tak jak ja to zrobiłam w przypadku książki pt. “Chłopcy, których kochano za mocno”, autorstwa Kazimierza Kyrcz Jr. 

Kraków. Dawna stolica Polski, gdzie grasuje Kuba Szpikulec – seryjny morderca, który morduje prostytutki. Natomiast na niego czają się funkcjonariusze z policji, usilnie starający się odkryć jego tożsamość. 

Ciężko mi ocenić, którego bohatera polubiłam najbardziej, jako że poznałam ich dopiero po przeczytaniu drugiej części.

Jednak chyba najbardziej polubiłam Edytę, która była szefową całej grupy, zajmującej się sprawą Szpikulca.

Była to kobieta stanowcza i chłodna, jednak pod tą maską skrywała osobę, która potrafiła okazać uczucia, a także swoje słabości. 

Nie powiem, że polubiłam postać Artura, na pewno bardzo mu współczułam tego, co przeżywał przez całe swoje życie, gdy matka znajdowała się obok niego. Dlatego też go nie potępiam za to, co zrobił, ale też nie popieram jego decyzji. 

Całą powieść przynajmniej z początku czytało mi się bardzo ciężko – myliły mi się nazwiska i postaci, jednak nie była to kwestia kreacji świata przez autora – tylko braku znajomości z pierwszą częścią tj. “Dziewczyny, które miał na myśli”. 

Gdy wszystko już sobie ułożyłam w głowie, to książka pochłonęła mnie bez reszty. 

Bardzo podobał mi się zawarty tam wątek pewnej dziennikarki, która zrobiłaby wszystko, aby zdobyć sławę. 

Generalnie książka mi się podobała, jednak wydaje mi się, że gdybym przeczytała najpierw poprzednią część, o wiele lepiej wczuła bym się w klimat powieści. 

Za egzemplarz dziękuję