Niepisane reguły – recenzja książki “Reguły dla dziewczyn”

Ostatnimi czasy czytam dość sporo książek, które dedykowane są młodzieży. Między ostatnimi tomami Harrego Pottera, z ciekawości  sięgnęłam po powieść autorstwa Candance Bushnell oraz Katie Cotungo  pt.: “Reguły dla dziewczyn”, gdzie został poruszony temat molestowania uczennicy przez nauczyciela.

Główną bohaterką powieści jest Marin – wzorowa uczennica, jedna z redaktorek szkolnej gazetki, chcąca po zakończeniu liceum dostać się na swój wymarzony uniwersytet Browna. Wszystko idzie dobrze, do momentu, gdy Bex – a dokładniej pan Beckett, młody nauczyciel angielskiego, zaprasza ją do siebie, pod pretekstem pożyczenia książki. W jego mieszkaniu dochodzi do poważnego naruszenia granicy nauczyciel – uczennica. Jak z tym wszystkim poradzi sobie Marin?

Mam bardzo mieszane uczucia co do tej książki i mimo tego, że od jej przeczytania minęło już trochę czasu, dalej nie wiem, czy mi się podoba, czy wręcz przeciwnie.

Co do bohaterów. Marin jest mi zupełnie obojętna.  Ani ją lubię, ani jej nie lubię. Nie rozumiałam czasami jej decyzji i pewnych zachowań. Nie irytowała mnie, ale też nie dała się w żaden sposób polubić.

Za to najlepsza przyjaciółka Marin – Chloe bardzo mocno denerwowała mnie przez całą powieść. Nie była ona wzorem przyjaciółki, miałam wrażenie, że gdy Marin opowiedziała jej, co zaszło z Bexem, tamta zaczęła strzelać fochy. Pod koniec troszeczkę się zrehabilitowała, ale jednak nie zdobyła mojej sympatii.

Jedyną osobą, którą lubiłam, był Gray – chłopak z klubu książki, wspierający Marin na każdym kroku. Urzekł mnie swoim charakterem i dobrocią serca, a w dwóch momentach naprawdę mu współczułam.

W powieści denerwowały mnie również wtrącenia typu “yyyy”, które tak na prawdę były zbędne. Dodatkowo przez pierwszą połowę opowieść trochę mi się dłużyła.

Za to bardzo podobał mi się napisany do szkolnej gazetki esej traktujący o niepisanych regułach dla dziewczyn, których mimo wszystko (nawet nie świadomie) przestrzegamy. Sam fakt, żeby właśnie mówić o niewłaściwym zachowaniu i złym odczytywaniu intencji (działa to w obie strony) i przede wszystkim nie bać się prosić o pomoc był dobrym pomysłem autorek. Na plus jest również klub książki oraz pozycje, które zostały tam przytoczone (m.in. “Opowieść podręcznej”).

Jak wspominałam, mam mieszane uczucia co do tej pozycji. Zdecydowanie należy ją przeczytać samemu i samemu wyrobić sobie o niej zdanie. 

Za egzemplarz dziękuję

Miłość w kolei – recenzja książki “Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę”

Jak już wspominałam, ostatnio ciągle czytam książki młodzieżowe. Kiedy więc zobaczyłam, że Kirsty Moseley wydała kolejną powieść , nie wahałam się ani chwili. Jak wypadł “Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę”?

Główna bohaterka Amy ma ponad dwadzieścia lat, różowe włosy i pracuje jako kontroler biletów na kolei. Uwielbia oglądać Netflixa, a w czwartki spotykać się ze swoją przyjaciółką. Wszystko zmienia się pewnego dnia, gdy do pociągu wsiada pewien bardzo przystojny mężczyzna. Amy obserwuje go przez kolejne pięć miesięcy i dochodzi do wniosku, że jest jej pisany.  Gdy rozpoczyna urlop, wszystkie gwiazdy jej sprzyjają i  wpada w kawiarence na tego  tajemniczego nieznajomego. Czy jednak aby na pewno Amy wpadła na właściwego faceta?

Nie jest to moje pierwsze spotkanie z autorką, dwa lata temu czytałam jej inną powieść pt. “Chłopak, który wiedział o mnie wszystko”.

Bardzo polubiłam główną bohaterkę mimo tego, że nie była idealna (o czym sama wspomina, ale i przy okazji kochała siebie taką, jaką jest) i popełniała błędy. Miała naprawdę dobry charakter . Bardzo łatwo było mi się z nią utożsamić. Jej uczucia przedstawione zostały w bardzo realistyczny sposób – cieszyłam się razem z nią i razem z nią cierpiałam. Widać również, że miała bardzo duże wsparcie w mamie i babci (które pracowały jako swego rodzaju “wróżki” przepowiadające przyszłość). Podobał mi się też fakt, że bohaterka zadurzyła się nie tylko w wyglądzie, ale jak sama wspomina, w charakterze mężczyzny.

W zasadzie w tej powieści nikt jakoś bardzo mnie nie irytował.

Autorka  ciekawie poprowadziła fabułę. Przez większość książki było romantycznie i słodko – do pewnego wydarzenia, przez które zbierałam szczękę z podłogi. Po nim książkę zaczęłam czytać  z wypiekami na twarzy. Z jednej strony chciałam poznać zakończenie i decyzję głównej bohaterki, a z drugiej strony wcale nie chciałam kończyć lektury, bo bałam się jaki wybór podejmie. 

Jeżeli ktoś szuka niezobowiązującej lektury, aby spędzić miły wieczór, odpocząć, uwierzyć, że prawdziwa miłość istnieje, to bardzo polecam tę pozycję.

Za egzemplarz dziękuję

Coś ze świata Pottera -recenzja “Time Turner Boxa”

Jakiś czas temu pojawiło się u mnie zainteresowanie przygodami młodego czarodzieja w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Co za tym idzie, na moich półkach zaczęły pojawiać się przedmioty związane z tym uniwersum. Dziś więc chciałabym przedstawić „Time Turner Boxa” od Magical Suitcaise.

Był to najmniejszy wariant pudełka dostępny w sklepie. Kosztował 99 zł plus koszty koszt przesyłki. Zakupiłam go tak „na próbę” aby zobaczyć, czym tym razem zaskoczy mnie sklep.

W środku znalazło się siedem przedmiotów. Od razu po otworzeniu paczki, zauważyłam ciemnozielony materiał. Po rozłożeniu okazał się on być koszulką z nadrukiem buta i podpisem „Let’s travel anywhere by Portkey”, od którego odchodzą strzałki wskazujące takie miejsca jak np. Azkaban czy Hogwart. Bardzo dobrze mi się ją nosi, materiał nie jest gryzący, a wzór dodatkowo jest nietypowy i przyciąga uwagę.

Z pudełka wyciągnęłam również drewnianą zawieszkę z orłem, symbolizującym dom Ravenclaw. Tak się składa, że identyfikuję się mocno z Krukonami, więc ozdóbka idealnie pasuje do mojego pokoju.

W boxie znalazłam również mydełko, przypominające kształtem kawałek ciasta. Służy mi ono jako ozdoba, gdyż na razie szkoda mi go zużywać.

Nie mogło zabraknąć także świeczki, która ma delikatny, morski zapach i ozdobiona jest rozsypanymi na wierzchu małymi muszelkami.

Breloczek z Funko Pop, przedstawiający Hermionę Granger również stanął na mojej półce. Te breloczki są na tyle urocze, że szkoda mi je wyciągać z pudełka i przytwierdzać sobie do kluczy. Może w przyszłości się to zmieni.

Znalazłam tam również herbatę o wdzięcznej nazwie „Odtrutka”, która jest połączeniem mięty, liści brzozy, pięciornika gęsi, czarciego żebra oraz morwy białej. Jeszcze nie wiem, jak smakuje, muszę, póki co wypić wcześniejsze herbatki. Idzie jesień, więc będzie ku temu okazja.

Ostatnimi gadżetami, które wyjęłam z pudełka były cztery przypinki w kolorach domu Gryfonów, Krukonów, Puchonów i Ślizgonów. Razem z drewnianą zawieszką na choinkę z wygrawerowanym orłem Ravenclaw ozdabiają moją ścianę. 

Jako fance Harrego Pottera, ten box przypadł mi do gustu.

Dodatkowo jeszcze zakupiłam kubeczek (również z Ravenclaw), który oprócz grafik orłów, posiada nadrukowaną w języku angielskim zwrotkę pieśni, śpiewaną przez Tiarę Przydziału. Nie należał on do podstawowego wyposażenia pudełka, a jego cena wynosiła w dniu zakupu 29,99 zł.

Który przedmiot spodobał się Wam najbardziej? Mnie spodobała się koszulka, którą bardzo często noszę. Kupujecie takie pudełka „w ciemno” czy raczej wolicie wiedzieć, co będzie w paczce?

Z ładnej miski… – recenzja “W kim zakochał się księżyc”

Moja prababcia zawsze się śmiała, że „z ładnej miski się nie najesz”. Niestety nie miałam okazji tego od niej usłyszeć, ale to powtórzyła mi  moja mama. Odnosiło się to do oceniania ludzi po wyglądzie i wybieraniu tych „ładniejszych”, bez zwracania uwagi na ich charaktery. Mimo wszystko jest w tym trochę racji. Nie zawsze ten, kto jest piękny na zewnątrz, ma równie piękne wnętrze. O prawdziwości tego powiedzonka, przekonał się główny bohater bajki dla dzieci pt.: „W kim zakochał się Księżyc?” autorstwa Julity Pasikowskiej.

Tytułowym bohaterem jest Księżyc – ten nasz, wiszący wysoko na niebie. Mimo tego, że wokół niego znajduje się wiele gwiazd, czuje się bardzo samotny. Aż do chwili, kiedy przypadkowo zostaje na nieboskłonie odrobinę za długo i po raz pierwszy widzi Słońce, które zrobiło na nim spore wrażenie. Jest tylko jeden problem – Księżyc nie może porozumieć się z gwiazdą. Na jego szczęście Gęś jest na tyle uprzejma, aby porozmawiać ze Słońcem w jego imieniu. Jak rozwinie się ich relacja?

W książce oprócz wymienionych wcześniej postaci, występuje również mała i nieśmiała Gwiazdka, która już od pierwszej chwili zdobyła moją sympatię. Szczególnie byłam pod wrażeniem tego, co zrobiła dla Księżyca, aby jego życzenie się spełniło.  Jest również Kometa, a także człowiek z najbardziej wyczulonym słuchem na całej Ziemi, dzięki czemu może słyszeć rozmowy odbywające się w kosmosie.

Miałam jednak nadzieję, że opowiastka skończy się trochę inaczej (chociaż obecne zakończenie też bardzo pasuje). Uważam, że jest całkiem urocza i czyta się ją niezwykle szybko. Cała historia opowiedziana została z perspektywy narratora trzecio osobowego. Autorka w prosty sposób ukazuje, czym jest samotność i nieszczęśliwa miłość, a także objaśnia, kiedy mamy do czynienia z bezsennością. Uczy również, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie i czasem należy rozglądnąć się w swoim własnym otoczeniu, aby znaleźć szczęście.

Za egzemplarz dziękuję Autorce

Miłość od… – recenzja książki “Catherine”

Z książkami Nory Roberst miałam do czynienia dawno temu, jeszcze chyba w okresie gimnazjum. Pamiętam, że „Trzy Boginie” przeczytałam jednym tchem, niestety z kolejną pozycją nie zdążyłam się zapoznać – gdzieś zniknęła. Prawdopodobnie ktoś pożyczył na wieczne nieoddanie. Dlatego więc, gdy zobaczyłam „Catherine”, postanowiłam odświeżyć sobie styl pisarki i sprawdzić, jak teraz ją odbieram.

Tytułową bohaterką powieści jest Catherine – najmłodsza z czterech sióstr, pracująca jako mechanik. Dziewczyna sprzeciwia się sprzedaży Tower – posiadłości, która należy do jej rodziny od pokoleń. Nie jest więc zadowolona, kiedy w mieście pojawia Trenton – osoba interesująca się odkupieniem od nich domu. Dodatkowo okazuje się, że gdzieś ukryty jest skarb – szmaragdowy naszyjnik, należący do zmarłej tragicznie przed laty właścicielki rezydencji…

Po ukończeniu lektury udało mi się znaleźć informacje, że jest to jedna z części serii „Zamek Calhounów”. Z chęcią więc sięgnę po kolejne, aby poznać losy pozostałych sióstr.


Bardzo polubiłam wszystkie postaci, a już w szczególności ciotkę Coco – starszą kobietę, która zajmowała się wychowaniem dziewczynek, po tym jak zginęli ich rodzice. Wszystko, robiła z troski o nie, chociaż czasami wpadała na dziwne pomysły. Podobało mi się też to, że zarówno ona jak i jedna z jej bratanic znały się na „magii” (dokładniej mówiąc na czytaniu z kryształowej kuli i horoskopach).


Co do głównej bohaterki, czasem irytowała mnie swoimi wybuchami złości, ale ostatecznie zagarnęła moją sympatię do siebie. Nie była złą osobą, po prostu był to jej odruch obronny na wszystko, co działo się wokół niej. Potrafiła być również spokojna, miła, a także dało się ją zranić. Trentona podziwiałam przede wszystkim za cierpliwość w stosunku do Catherine.

Historia została opowiedziana z perspektywy narratora trzecio osobowego. Jest to lekka powieść obyczajowa „na jedno popołudnie”, idealna dla osób, które chciałyby odpocząć przy książce.

Za książkę dziękuję

Korporacyjna rzeczywistość – recenzja książki “Kontra”

Bardzo lubię książki, przy których można się dobrze bawić, a gdy dodatkowo są zabawne, to zazwyczaj tracę dla nich głowę. Jednak każdy ma inne poczucie humoru i to, co podoba się mnie, niekoniecznie będzie podobać się innym. Działa to również w drugą stronę. Jak w mojej ocenie wypadła „Kontra”, autorstwa Jonatana Rutza?

Głównym bohaterem i zarazem narratorem powieści jest Tomasz, pracownik instytutu naukowego. Mieszka on w rozpadającym się domu, a w jego garażu żyje gadający bóbr. Pewnego dnia odzywa się do niego dawny znajomy z lat szkolnych i proponuje zmianę pracy. Warunki i płaca są o wiele lepsze niż w jego obecnej, tak więc Tomasz przyjmuje ofertę. Właśnie w taki sposób bohater ląduje w korporacji. Przez chwilę wszystko idzie gładko, do momentu, aż poznaje Beatę – kobietę, towarzyszącą mu w różnego rodzaju konferencjach zagranicznych. Ale czy Beata rzeczywiście jest tym, za kogo się podaje i za kogo uznaje ją mężczyzna?

Zgadzam się z faktem, że jest to satyra, przedstawiająca rzeczywistość korporacyjną w krzywym zwierciadle. Całość tekstu została napisana spójnie, a wszystko, co dotyczy korporacji głównego bohatera, rur i gazociągów, jest opisane tak, aby czytelnik niemający z tymi dziedzinami nic wspólnego rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi.

W książce nie pojawił się ani jeden bohater, którego bym polubiła. W zasadzie każdy z nich był mi obojętny i nie utożsamiłam się z żadnym. Tomasz na początku mnie denerwował, ale w końcu przyzwyczaiłam się do jego wypowiedzi. Myślałam chociaż, że gadający bóbr o imieniu Bober będzie postacią, która zagarnie dla siebie chociaż część mojej sympatii, ale do niego również się nie przekonałam.

Nie zaśmiałam się też ani razu. Być może za parę lat ta pozycja będzie mi się podobać, ale na dzień dzisiejszy nie porwała mnie za bardzo.

Myślę, że lektura znajdzie swoich zwolenników. Być może spodoba się przede wszystkim osobom, które już od jakiegoś czasu pracują w korporacjach.

Smak nadziei… – recenzja książki “Słodkie magnolie”

Zdrada jest czymś, czego nigdy nikomu bym nie wybaczyła. Nie rozumiem, dlaczego ludzie zdradzają, nie rozumiem, dlaczego potem robią z siebie ofiary albo tłumaczą się dziwnymi wymówkami. Często podjęcie takiej decyzji, rujnuje życie rodzinne. Podobnie było w „Słodkich magnoliach. Smaku nadziei”, autorstwa Sherryl Woods.

Główną bohaterką jest Maddie, której mąż pewnego dnia oznajmił, że odchodzi do kochanki, noszącej jego dziecko. Świat kobiety legł w gruzach. Nie dość, że została sama, to dodatkowo bez pracy. Musi też łagodzić napiętą sytuację między najstarszym synem – Tylerem, a jego ojcem. Na szczęście ma oddane przyjaciółki – Helen i Danę Su. Proponują jej, aby razem z nimi otworzyła SPA dla płci pięknej. Gdyby problemów jednak było mało, na horyzoncie pojawia się pewien mężczyzna, dla którego nie może stracić głowy…

Jest to pierwszy tom serii „Słodkie magnolie” i już teraz jestem ciekawa kolejnych historii, opisanych przez autorkę. Mam jednak nadzieję, że następne części będą opowiadać o przyjaciółkach Maddie. Na platformie Netflix znajduje się serial o tym samym tytule i powiem Wam, że jak nie przepadam za serialami, to ten oglądnęłabym z wielką chęcią.

W książce najbardziej polubiłam całą rodzinę protagonistki. Bardzo współczułam jej z powodu zdrady męża i jego zachowania wobec niej. Chociaż muszę przyznać, że to jednak Tyler był postacią, z którą najbardziej się zżyłam i w pełni rozumiałam jego złość do ojca. Za to nie polubiłam ani Billa (byłego męża głównej bohaterki) ani jego narzeczonej Noreen, dla której zostawił całą rodzinę. Nic mnie do nich nie przekonało i tak naprawdę oboje w pewnych momentach zaczęli mnie nawet drażnić. 

Jest to powieść obyczajowa „na jedno popołudnie”. Historia została opowiedziana z perspektywy narratora trzecio osobowego. Historia została spisana lekkim piórem i bardzo przyjemnie się ją czytało. Jedyną moją bolączką był brak ozdobników, które sygnalizowałyby przejście do następnego wątku. Zamiast tego, mamy większe odstępy. Po pewnym czasie przestało mi to przeszkadzać.

Serdecznie polecam tę pozycję.

Za egzemplarz dziękuję

Fantastyczne Zwierzęta od Newta i Hagrida – recenzja paczki z Pokątnej

Zamknięta uczelnia i powrót do domu rodzinnego sprzyjały wieczornym projekcjom filmowym, dzięki czemu razem z rodziną nadrobiłam większość produkcji, na których oglądnięcie nie mieliśmy czasu w „normalnym” trybie życia. Wśród nich była seria filmów o Harrym Potterze, a także dwie części „Fantastycznych Zwierząt”. Tak więc gdy Sklepik z Pokątnej ogłosił temat paczki miesięcznej, gdzie zostali pomieszani ulubieńcy Hagrida i Newta Scamandera, postanowiłam się w nią zaopatrzyć.

Cały box kosztował 119 złotych, do których należało dodać koszty przesyłki. Opcje dostawy były dwie – paczkomat (opcja tańsza) i kurier (opcja minimalnie droższa).

Lista z itemkami, które znajdowały się w środku, była pierwszym przedmiotem, jaki zobaczyłam po otworzeniu pudełka. Znalazła się tam również czerwona koperta z pocztówką z podobizną Foopera, a także karta z czekoladowych żab z podobizną Newta Scamandera (tak szczerze to myślałam, że one są o wiele mniejsze), oraz zabawka dla kotów, przypominająca Zouwu (jedno z Fantastycznych Zwierząt).

Następnie spośród pianek wypełniających wyłowiłam fiolkę Jadu Pikującego Licha. Jej zawartość, pomagała w usuwaniu negatywnych wspomnień. Świeciła też w ciemności, kiedy naświetliło się ją wcześniej w promieniach słońca.  Tuż po tym znalazłam magnetyczną zakładkę do książek z Newtem Scamanderem oraz małym Niuchaczem.

W końcu przyszedł czas na autorską linię świec ze Sklepiku z Pokątnej, o wdzięcznej nazwie „Światłoklik.” W środku pudełka były trzy świeczki – biała o nazwie „Hardodziob”, według etykiety pachniała sztormem i wiatrem, druga brązowa o nazwie „Norbert”, zawierająca whisky i opium oraz ostatnia w kolorze zielonym nazwana Aragog – z figą i kardamonem.

W boxie znalazłam również małą, czarną buteleczkę z Włóknami Smoczego Serca, które dodają pikantności eliksirom. Po otworzeniu uderzył mnie mocny zapach ostrych przypraw.

Herbata z „Fusów, kusów i patronusów – Zioła z podróży Newta” to kolejny przedmiot, którego byłam ciekawa. Napary z tego typu boxów skutecznie zastępują mi zwykłą herbatę i są tymi, które najczęściej piję zamiast niej.

Ostatnią rzeczą był breloczek z Funko Pop, przedstawiający Feniksa. Póki co znajduje się on w opakowaniu na półce. Wolałabym go nie zniszczyć, nosząc np. przy kluczach.  

Cała paczka wywarła na mnie dobre wrażenie i bardzo mi się spodobała. Oprócz świeczek, na które najbardziej czekałam, moje serce skradła zabawka dla kotów. Z resztą nie tylko moje – Lelek, Ori, Wika i Cynamon mieli świetną zabawę, szczególnie w momencie, kiedy łapali piórka, czy starali się upolować przytwierdzony do niej dzwoneczek. Zabawkę muszę jednak chować po każdej zabawie, aby nie została zniszczona.

Miłość silniejsza niż śmierć – recenzja książki “Gdzie jesteś?”

Właśnie rozpoczął się drugi miesiąc wakacji, w związku z tym w wolne dni nadal można zmniejszać swój „stosik wstydu”. Ostatnio żyłam w świecie Hogwartu, a po „Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu” miałam lekkiego kaca książkowego. Postanowiłam więc wziąć chwilowy oddech od magii i przeczytać „Gdzie jesteś?”, autorstwa Anny Piróg.

Jednym z głównych bohaterów powieści jest hrabia Armand, który nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanej Anny. W ramach poszukiwania ukojenia wyjeżdża on poza granice kraju i przez jakiś czas mieszka w Aylesford w Anglii u swojego krewnego. Przez ciągłe zmiany nastroju, w kręgu towarzyskim jest uważany za kogoś niepoczytalnego. Czy w końcu uda mu się znaleźć spokój?

„Gdzie jesteś?” to romans z lekką nutką nadprzyrodzonych mocy, które są idealnym dodatkiem do całości. Historia opowiedziana została z perspektywy narratora trzecio osobowego. Autorka w bardzo interesujący sposób operowała słowem, zręcznie prowadząc czytelnika między jednym wydarzeniem a drugim. Warto też wspomnieć, że akcja książki działa się w 1828 roku.

Polubiłam prawie wszystkie postaci, występujące w powieści oprócz kuzynki Armanda i jej rodziny. Cieszę się więc, że były to tylko postacie drugoplanowe. Nie polubiłam również Oktawiana Bronickiego ze względu na jego paskudne zachowanie. Oczywiście rozumiem kreację ich charakterów.

Jest to drugi tom cyklu „Mroczny dwór”. Pierwszej części nie zdążyłam jeszcze poznać, natomiast „Gdzie jesteś?” czytało się bardzo przyjemnie, a przy niektórych momentach nerwowo ściskałam w dłoniach czytnik, z ogromnym zainteresowaniem czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Pewnych rzeczy z przeszłości Armanda mogłam się jedynie domyślać, ale to zmotywowało mnie do sięgnięcia po poprzednią książkę autorki.

Najbardziej podobał mi się ukazany w historii motyw miłości silniejszej od śmierci oraz to, że jeżeli dwoje ludzi są sobie przeznaczeni, ich dusze zawsze się odnajdą. Sama końcówka wbiła mnie w fotel. Przyznam, że nie tak sobie ją wyobrażałam.

„Gdzie jesteś” to książka na jeden dzień, więc polecam każdemu, kto lubi romanse.

Za egzemplarz dziękuję

Opowieści prawdziwe – recenzja książki “(Na)Dzieje. 1939-2019”

Książki historyczne mają w sobie coś, co sprawia, że lubię je czytać. Jeżeli dodatkowo zawierają w sobie informacje o ludziach, którzy żyli naprawdę oraz przybliżają ich życiorysy, zazwyczaj znajdują się one w moim must read. Tak było na przykład w przypadku serii dla dzieci „Damy dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” i „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy”, a także z książkami opisującymi klan Kossaków i klan Matejków. Teraz przyszedł czas, aby opowiedzieć o kolejnym dziele literackim opartym na faktach, czyli o „(Na)Dziejach. 1939-2019” autorstwa Wandy Romer.

Zarówno narratorką jak i bohaterką biografii jest sama autorka, która zabiera nas w czasy swojej młodości, kiedy to całe jej życie wywróciło się do góry nogami. Najpierw przez śmierć ukochanego taty (Karola hr. Romera), a potem przez wybuch II Wojny Światowej, który zmusił ją do porzucenia świata, który znała i ucieczki z ukochanego przez nią kraju. Razem z Wandą i jej mamą wybieramy się w podróż po świecie, w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie można „zapuścić korzenie”.

Mimo usilnych prób, autorka nigdzie nie mogła poczuć się do końca jak u siebie i bardzo tęskniła za Polską. W końcu po wielu, wielu latach, bez obaw o swoje życie mogła powrócić w rodzinne strony.

W lekturze oprócz samego tekstu, zamieszczone zostały zdjęcia z rodzinnego archiwum autorki, przedstawiające m.in. ją samą, jej rodziców czy też dom, w którym się wychowywała. Dodatkowo każdy z bohaterów występujących w powieści posiada przypis, przybliżający w kilku słowach jego sylwetkę.  

Książkę czytało mi się naprawdę przyjemnie. Cały czas miałam wrażenie, że Pani Wanda siedzi naprzeciwko mnie i opowiada swoją historię. Autorka w bardzo ciekawy sposób przedstawiła kilkadziesiąt lat ze swojego życia, opisując zarówno te radosne, jak i te smutne chwile, a także wspomniała o zmianach, które wtedy zachodziły na świecie.

Jestem pod ogromnym wrażeniem jej osiągnięć – oprócz posady tłumacza (znała aż pięć języków), w późniejszych latach działała w polonijnym stowarzyszeniu „Ognisko Polskie”, którego prezesem była przez sześć lat. Imponująca jest także ilości osób, które poznała.

Z czystym sercem polecam tę pozycję wszystkim tym, które interesują się historią.