Dobry czy zły? – recenzja książki “Indygo”

Cztery miesiące temu na blogu opublikowałam wpis dotyczący “Naznaczonego”, autorstwa Agnieszki Antosik. Wtedy napisałam, że kreacja głównego bohatera doprowadzała mnie do furii, jednak uznałam książkę za dobrą.

Niedawno dostałam propozycję, aby zrecenzować kolejną książkę autorki, która nosi tytuł “Indygo”.

Ta historia opowiadała o młodym mężczyźnie, który został skazany za gwałt na byłej dziewczynie swojego przyjaciela, a także o jego życiu w więzieniu, gdzie trafia “pod skrzydła” jednego z więźniów.

Bryan, bo tak nazywał się główny bohater, na początku nie wzbudził mojej sympatii. Był arogancki, wredny i bardzo agresywny. Jednak podczas fabuły bardzo się zmienił. Czasem miałam ochotę nim potrząsnąć i nie rozumiałam jego decyzji. Pod koniec powieści, chciałam go przytulić. Widać było, że bardzo się pogubił w życiu.

Natomiast jego przyjacielowi-Paulowi nie ufałam ani trochę. Jakoś tak mnie odpychał, mimo że Bryan cały czas nazywał go “Bratem”.

Autorka nie odkrywa wszystkich tajemnic od razu, tworzy napięcie, które trzyma czytelnika do finału.

Przeszkadzały mi błędy, które występowały w książce. Niby zwykłe literówki i nie naliczyłam ich dużo, jednak nieprzyjemnie się czytało. Denerwowały mnie też powtórzenia (słowa “brat”), a także mam zastrzeżenia do zakończeń niektórych rozdziałów.

Książka nie porusza łatwego tematu, a zakończenie złamało mi serce. Nawet prawie uroniłam łzę. Przyznam, że miałam nadzieję, że inaczej się to zakończy.

Czekam na kolejne książki autorki, żeby móc sprawdzić, jak rozwija swój warsztat.

Za egzemplarz dziękuję autorce.

|PRZEDPREMIEROWO|Palcem po powietrzu – recenzja książki “Chłopiec pochłania wszechświat”

Jesteście dobrymi ludźmi? Gdyby zapytać o to kogoś z Waszego otoczenia, to co by powiedział? I co Wy w głębi serca myślicie o sobie?

Główny bohater powieści pt.: “Chłopiec pochłania wszechświat” autorstwa Trenta Daltona, próbuje odpowiedzieć na pytanie czy jest dobrym człowiekiem.

Jednak czy dorastając w rodzinie gdzie matka z ojczymem handlują narkotykami, starszy brat nie mówi, a przyjacielem jest osoba, która na swoim koncie ma kilkukrotną ucieczkę z więzienia można wyrosnąć na kogoś dobrego? W końcu czym skorupka za młodu nasiąknie…

Eliego poznajemy w wieku dwunastu lat i z każdym rozdziałem obserwujemy jego dorastanie i przemianę. W powieści widzimy jego miłość do swojej dysfunkcyjnej rodziny, gdzie czasem dochodzi do sprzeczek. Mimo tych trudnych momentów, a także gdy dobry los odwraca się od niego on się nie poddaje, próbuje ratować matkę – a także trwa w uporze by spełnić swoje największe marzenie.

Natomiast jeśli chodzi o jego starszego brata Gusa, to w trakcie czytania odniosłam wrażenie, że był dzieckiem autystycznym, co jednak nie zostało w tekście potwierdzone. Po prostu taki styl bycia wybrał, a jego postępowanie zrozumiałam gdzieś pod koniec powieści.


Książkę na początku trochę ciężko mi się czytało, choćby ze względu na dość szczegółowe opisy, a także dwie perspektywy – przeszłą i teraźniejszą.


Jednak w pewnym momencie tak się wciągnęłam, że skończyłam czytać książkę nad ranem.


Autor świetnie wykreował cały świat, a także postacie, które potrafiły wyrażać swoje uczucia w każdym momencie. Czy to te pozytywne, czy wręcz przeciwnie, dzięki czemu nie były sztuczne, lecz pełne różnych emocji.


Jest to jedna z tych książek, z którymi warto się zapoznać samemu, ponieważ każdy prawdopodobnie odbierze ją inaczej. Inaczej też zrozumie powtarzające się zdanie: “Zabij czas, zanim on zabije ciebie”. Polecam tę książkę poświęconą rodzinnej miłości, przyjaźni i sile braterstwa.

Za egzemplarz dziękuję

Od wypadku do… – recenzja książki “Bez odwrotu”

Moje polonistki skutecznie zniechęciły mnie do czytania książek z różnych gatunków. Dzięki nim, do tej pory nie mogę zabrać się za „Wiedźmina” (chociaż czytałam, ale już nic z tego nie pamiętam i nie umiem się przemóc do drugiego podejścia). Tak samo mam ze wszystkimi rodzajami kryminałów. Po omówieniu „I nie było już nikogo”, miałam dość tego gatunku na bardzo długo czas. Od czasu do czasu coś przeczytam, ale nie znalazłam jeszcze takiego, który by spowodował, że bym je pokochała.

Z tego względu do książki pt.:” Bez odwrotu” autorstwa Tess Gerritsen podchodziłam z lekką obawą, że będę się przy niej męczyć. Na moje szczęście, tak się nie stało.

Catherine w deszczową noc potrąca pewnego mężczyznę, który nagle pojawia się przed jej samochodem. Ich przypadkowe spotkanie nakręca spiralę zdarzeń, zagrażającą całej ludzkości. Teraz nie tylko Victorowi grozi niebezpieczeństwo – ale również kobiecie.

Podczas czytania książki, jakoś specjalnie nie odczuwałam, że czytałam kryminał. Bardziej szłabym w kierunku romansu, ale z wątkiem kryminalnym gdzieś w tle. I to właśnie może dzięki temu zabiegowi autorki, książkę czytało się bardzo szybko i przyjemnie.


Catherine zaimponowała mi swoim uporem i odwagą, a także tym, że nie była typową dziewczyną, która cały czas pakuje się w kłopoty, a potem czeka na ratunek od miłości swojego życia. Sama brała czynny udział w ratowaniu świata, a także potrafiła zaryzykować życiem dla najbliższych.

Victor zaskarbił sobie moją sympatię swoją opiekuńczością wobec Cathy, którą mimo wszystko wciągnął w całą niebezpieczną grę. Był też bardzo inteligentny i trochę skryty na początku.

Postacie drugoplanowe autorka również wykreowała świetnie, nie zachowywały się sztuczne, a każda z nich miała swój indywidualny charakter.

Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, na szczęście bardzo udane (chociaż na początku trochę się nudziłam, to potem akcja nabrała tempa). Jeżeli ktoś ma ochotę na lekki kryminał, gdzie jednak wątek miłosny jest dość rozbudowany, to serdecznie ją polecam.

Za egzemplarz dziękuję

Poświętne przemyślenia – podsumowanie książkowego kalendarza adwentowego

Święta, święta i po świętach. W tamtym roku ten magiczny czas minął niesamowicie szybko. Teraz oczekiwanie na Wigilię oraz pierwszą gwiazdkę, umilił mi kalendarz adwentowy od Magical Suitcaise.

Spokojnie, pudełko nie przyszło takie 😉 Wgniecenia powstały w wyniku ciągłego przekładania go w różne miejsca 😉
A tak prezentowało się wnętrze paczuszki <3

Tym razem box kosztował mnie 299 złotych plus koszty wysyłki i powiem wam, że długo się nad nim zastanawiałam. Początkowo planowałam kupić drugiego Naughty Boxa, jednak nadchodził okres adwentu, a mnie znudziły się już kalendarze czekoladowe więc ostatecznie postanowiłam zakupić droższe pudełko.

W jego środku znajdowało się dość dużo książek (z moich obliczeń wyszło, że w paczce było ich aż siedemnaście) bardzo różnych gatunków:

Thrillery i kryminały

Dzięki dziewczynom z Magical Suitcaise, cała seria Maxa Czornyja pojawiła się na mojej półce.

W klimatach świątecznych

Reniferki nie wchodziły w skład zestawu, pojawiły się u mnie dzięki uprzejmości Feniksy z Feniksa Czyta, z którą spotkałam się na Śląskich Targach Książki (zostawiam wam link do jej bloga i serdecznie na niego zapraszam: https://feniksaczyta.blogspot.com/).

Obyczajowe i młodzieżowe

Ta pierwsza jest z autografem autorki 😉

Ale to nie był koniec niespodzianek, które przygotowały nam dziewczyny. Oprócz powieści, dołączyły również taki kubeczek:

Pełny napis na kubku brzmi: “Są książki, które się czyta. Są książki, które się pochłania. Są książki, które pochłaniają czytającego”.

A jak kubeczek, to przydałoby się coś, co można z niego pić:

Herbata jest do zaparzenia i pachnie bardzo miętowo. Byłam jej mocno ciekawa i muszę powiedzieć, że opakowanie jest już w połowie puste. Przyprawa do grzańca pachnie za to goździkami, ale muszę mieć inną podstawę pod nią, niż ta, którą do tej pory miałam 😉

Pojawiły się też trzy gadżety, a także coś słodkiego (chodzi tutaj o laskę cukrową, u mnie gdzieś zaginęła w akcji). Albo ktoś zjadł i nie chce się przyznać).

Pierwsza świeczka, czyli “Książka Zimową Porą” jest świecą sojową o zapachu mięty, ta druga pachnie ciasteczkami. Lampki jeszcze nie testowałam w czytaniu, ale wiem, że działa 😉

Niektóre paczki prześwitywały i widać było tytuły książek, jednak nie psuło to ogromnej radości z otwierania kalendarza. Jestem z niego bardzo zadowolona i z pewnością nie jest to ostatni box, który zamówię.

Następne takie pudełko miało być otwarte w lutym, jednak stoi to na razie pod wielkim znakiem zapytania, jako, że mój laptop odmówił dalszej współpracy i gdy pojedzie do serwisu to okaże się ile pieniędzy będę musiała przeznaczyć na jego naprawę.

Tymczasem ode mnie to tyle. Pozostawiam Wam namiary na stronę, gdzie czekają boxy z uniwersum HP, Ricka i Morty’ego, a także jeszcze kilka innych pudełek.

https://www.magicalsuitcase.com.pl/

Wykorzystując kod “kochamksiazki” dostaniecie rabat!
(uwaga, kod NIE DZIAŁA przy boxach specjalnych).

Wyjdź na zewnątrz! – recenzja książki “Idź na spacer”

Na ostatnim dłuższym spacerze, bo takim około godzinnym, byłam jakoś w okolicy początku listopada, kiedy to przeszłam dwie okoliczne wsie, w poszukiwaniu banerów reklamowych, o tematyce Halloween/Wszystkich Świętych. Niestety wróciłam z niczym, jednak podczas przechadzki, wpadł mi do głowy pewien pomysł, dzięki któremu, zadanie zostało zaliczone przez wykładowcę.

O korzystnych skutkach spacerów, można przeczytać w książce pt. “Idź na spacer!” autorstwa Shane’aO’Mara. W swoim poradniku oprócz wyżej wspomnianych przytacza onrównież badania, które zostały przeprowadzone aby sprawdzić, jak regularne spacery wpływają na jakość życia. Opisał on także, zmiany jakie zachodzą w mózgu podczas kiedy chodzimy. Było to dla mnie bardzo interesujące. Wspominał również o spacerach w miastach, a także o ich wpływie na kreatywność.

Poruszona została tu również kwestiapozytywnego wpływu spacerówna osoby  cierpiące na depresję. Z tego, co zrozumiałam, może to pomóc w łagodnej formie przygnębienia. W tym rozdziale autor przytoczył również badanie, w którym przez jedenaście lat próbowano stwierdzić, czy aktywność fizyczna może zapobiec objawom depresji.

Jednak to pozostawię osobom, które się na tym znają, to jest na tyle trudna kwestia, abym oparła się tylko na tej jednej książce.

Sama również przeprowadziłam dziś eksperyment. Podczas popołudniowej przechadzki, podczas której robiłam zdjęcia książki, zawędrowałam do sąsiedniej wsi. Dokładnie będąc w pobliżu znaku, wpadło mi do głowy, aby włączyć aplikację zliczającą kroki. Tak więc została zmierzonaich ilośćod granicy wsi, aż pod mój domorazczas w jakim pokonałam tę odległość. Dwie godziny później, ten sam dystans przeszłam raz jeszczewraz z moim psem i wyniki lekko mnie zaskoczyły. Byłam pewna, że pokonanie tej samej trasy ze zwierzakiem, zajmie mi więcej czasu i pochłonie większą liczbę kroków, biorąc pod uwagę każdy postój psa, każde jego pociągnięcie w kilka różnych stron, bo inny pies, bo jakiś zapach, bo coś innego…

Pierwszy screen to kroki, jakie zrobiłam sama, przy zwykłym chodzie. Drugi pokazuje kroki z psem

Patrząc na wyniki, wygląda na to, że idąc z Nerem, szłam szybciej. Krótszy dystans zaprezentowany na screenie był wynikiem tego, że aplikacja nie działa w oparciu o GPS, więc w momencie, gdy robiłam większe kroki, żeby nadążyć za psem, z automatu skróciło mi przebyty dystans.

A jak jest z wami? Lubicie spacerować?

Za egzemplarz dziękuję

Zen przez akceptację – recenzja “Jak pozostać człowiekiem w tym piep*onym świecie”

Jeżeli chodzi o wszelkie książki poradnikowe, to bardzo lubię sprawdzać, czy rady w nich zawarte w jakimś stopniu się sprawdzają. Czasem biorę do serca wszystkie, czasem tylko takie, które są mi potrzebne na obecnym etapie życia.

Tytuł poradnika autorstwa Tima Desmonda czyli “Jak być człowiekiem w tym piepr*onym świecie” zainteresował mnie od razu i tak naprawdę to on zaważył na tym, że książka znalazła się w mojej biblioteczce.  

Gdy myślałam o tej pozycji, miałam wrażenie, że będzie ona podobna do innego poradnika, który czytałam niedawno.

Nic bardziej mylnego.

Autor starał się oswoić czytelników z cierpieniem, podał ćwiczenia, które miały w tym pomóc, a także przytoczył różne anegdotki, poznane podczas swojej podróży.

Dodatkowo wszystko to, zostało oparte na filozofii buddyjskiej. Znajdują się tam także wskazówki do praktyki medytacyjnej i utrwalaniu tego, czego można było się nauczyć z tej pozycji.

Książkę czytało się szybko, nawet udało mi się zrobić jedno ćwiczenie, jednak ze względu na brak czasu i ciągłe rozjazdy, nie mam możliwości codziennego ich wykonywania. Spróbuję wrócić do nich, gdy będę dłużej w jednym miejscu i wtedy ocenię skuteczność.

Mam do tej książki naprawdę mieszane odczucia. Z jednej strony naprawdę chciałabym sprawdzić, czy dzięki tej lekturze można w jakiś sposób zaakceptować to cierpienie, które  w nas drzemie, a z drugiej nie jestem pewna, czy chcę znów ją czytać. Z pewnością będzie musiała przeleżeć swoje na półce i wtedy zadecyduję. Jednak póki co, powędruje do mojej przyjaciółki, bardziej orientującej się w tym temacie.

Z poradnikami zawsze jest taki problem, że czyta je dana grupa osób. Tę książkę mogłabym polecić osobom, które interesują się medytacjami lub też buddyzmem. Jednak zachęcam wszystkich do zapoznania się z opisem. Być może kogoś zainteresuje ta pozycja. 

Tylko dla niegrzecznych…i po 23… – recenzja “Naughty Boxa”

Miałam nigdy nie kupować boxów. Były dla mnie za drogie i nie chciałam marnować na nie pieniędzy. Jednak gdy po raz pierwszy zobaczyłam “Naughty box” od “Magical Suitcase” od razu mnie zainteresował. Postanowiłam więc osobiście sprawdzić, o co tyle szumu wokół tych paczek.

Koszt takiego pudełka to 119 złotych, plus koszty przesyłki. Co miesiąc w każdym boxie można znaleźć inne książki oraz gadżety, które mają nam umilić czytanie.  W poprzednim, o którym czytałam, znalazły się  obie części “Sponsora”, świeczka i kulki gejszy.

Byłam ogromnie ciekawa, co znajduje się w środku (i nie tylko ja, wraz ze znajomymi obstawialiśmy, jakie gadżety będą dodane), a radość podczas odpakowywania paczki można porównać do odpakowywania prezentów Gwiazdkowych.

Widziałam już u kilku osób unboxingi, więc kartka z przedmiotami, które dostałam, została odłożona na bok. Twórczynie też położyły ją białą stroną do góry, aby nie psuć niespodzianki.

W pudełku październikowym znalazłam dwie książki: “Rysunkowego chłopaka” i “Kuszącą pomyłkę”. Dziewczyny, które wykonały paczkę w ten sposób zmotywowały mnie, abym w końcu zapoznała się z twórczością autorek wspomnianych pozycji. Od dłuższego czasu miałam takie plany, jednak zawsze wyskakiwało “coś” – czy to brak w bibliotece, czy to brak funduszy.

Oprócz wyżej wymienionych gadżetów dostałam także świeczkę sojową, która jest mieszanką zapachu czekolady i wanilii – będzie to piękna ozdoba w mojej nowej biblioteczce. Pachnie bardzo ładnie i słodko.

W środku znajdował się również olejek do masażu w czarnym opakowaniu z napisem “Kusząca pomyłka”. Miałam lekki problem z identyfikacją zapachu, za każdym razem pachniał inaczej, jednak ostatecznie obstawiłam, że to woń jagód.

I w końcu coś, co poprawiło mi humor na resztę dnia, a mianowicie dwa gadżety: klipsy na sutki, a także lina. Jak zostało napisane, wszystkie przedmioty mają wartość kolekcjonerską, więc używać ich będę jedynie do zdjęć.

Oprócz wyżej wymienionych przedmiotów otrzymałam trzy zakładki i kod rabatowy, który obniża wartość zamówienia.

Jestem bardzo zadowolona z tej paczki, a szczególnie ze świeczki i książki “Kusząca pomyłka”. Co do olejku, to jeszcze zobaczę, co z nim pocznę. Pewnie póki co też będzie w formie rekwizytu do fotografii.

Z pewnością to nie ostatni box, który zakupiłam u “Magical Suitcase”. W swojej ofercie oprócz wyżej wspomnianego, znajdują się również pudełka z uniwersum Harrego Pottera, Disneya, a nawet Marvela.

PS. Tak, wiem, że takie rzeczy powinno się rozpakowywać i komentować przed kamerą, jednak ja się nie nadaję zbytnio do tego. Sprawdzona informacja podczas warsztatów telewizyjnych na studiach.

Ujrzeć to, czego nie widać – recenzja książki “Pan Doubler zaczyna od nowa”

Większość osób posiada jakieś hobby, a jeżeli los się do nich uśmiechnie, dodatkowo mogą na swojej pasji zarabiać i uczynić z niej coś, co po sobie zostawią. Moim marzeniem było kiedyś napisanie książki, jednak obecnie zostało ono zepchnięte w głąb duszy bowiem skupiłam się na recenzowaniu. Chyba nie byłabym w stanie poświęcić całego swojego życia jednej aktywności np. na wymyślanie fabuły.

W przeciwieństwie do głównego bohatera powieści Seni Glaister pt.: “Pan Doubler zaczyna od nowa”, który poświęcił się…ziemniakom.

Tytułowa postać była dosłownie chodząca encyklopedią. Bohater zaczął nawetpracować nad “ziemniaczanym eksperymentem”, o którym wiedziała tylko jego sprzątaczka –chyba jedyna bliska mu osoba. Jednak wszystko się zmieniło, gdy pod dom podjechała córka gosposi, po czym oznajmiła, że pani Millwood znajduje się w szpitalu. Mimo tego pan Doubler pozostał z nią w stałym kontakcie telefonicznym. Wtedy też złożył on swojej kobiecie pewną obietnicę…

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce, tak naprawdę zainteresował mnie ziemniak widoczny na froncie okładki. Jak się okazało,to jedna z tych opowieści, które niosą za sobą przesłanie.

Tytułowy bohater bardzo interesował się ziemniakami – oprócz elementarnej wiedzy o ich hodowli, wiedział również jak je serwować, oraz jak wytwarzać z nich napoje alkoholowe. Poświęcił im całe życie – kosztem swojej rodziny. Po odejściu żony, Doubler całkowicie odizolował się od ludzi, a swoje dzieci spotykał tylko w niedzielę, gdy go odwiedzały na rodzinnym obiedzie.

Był jednak bohaterem dynamicznym, na kartach powieści obserwujemy jego zmianę i “wybudzenie” z odrętwienia, w które wpadł jakiś czas temu.

 Trochę się też z nim utożsamiałam, bo sama miałam taki epizod. Tylko ja uciekłam w książki.

Co do pani Millwood…Chciałabym, abym w jej wieku też tak aktywnie spędzała czas. Podczas czytania miałam wrażenie, że to ona jest dwudziestoletnią dziewczyną, z mnóstwem energii, a ja starszą panią.

Kobieta mimo swojej choroby wciąż była dzielna i starała się wesprzeć swojego przyjaciela. Dzwoniła do niego prawie, że codziennie i to ona wymusiła na nim złożenie obietnicy, która odmieniła jego życie.

Każda postać została dobrze wykreowana i tylko jedna nie zdobyła mojej sympatii. Nawet największego konkurenta Doublera lubiłam bardziej, niż syna głównego bohatera – Juliana. Odrzucało mnie od niego jego patrzenie na wszystkich z góry, zbyt wygórowane ego, a także jego przebiegłość. Nie cofnąłby się przed niczym. Nawet zniszczyłby rodzinę, gdyby tylko musiał. 

Spędziłam z książką naprawdę przyjemne chwilę, miałam nawet chwilową refleksję nad swoim życiem, jednak póki co, nie jestem gotowa na żadną zmianę. Jest to idealna książka na jesienny wieczór.

Za egzemplarz dziękuję

Czym skorupka za młodu… – recenzja książki “Przygotuj się na start”

Temat dręczenia w szkole przerobiłam dwa razy, chociaż to właśnie w gimnazjum wyśmiewanie mnie miało najczęściej miejsce. Powód? Nosiłam gorset ortopedyczny, którego zadanie polegało na utrzymywaniu mojej sylwetki w linii prostej i co za tym szło – nie wykręcania kręgosłupa w różne dziwne strony. Nikogo nie obchodziło, żeto dla mojego zdrowia. Byłam po prostu dziwadłem. Wtedy bardzo mnie to dotykało. Teraz jako osoba dorosła jużnie muszę tego nosić, a po skończeniu szkoły tych którzy, mnie wyśmiewali, widziałam tak naprawdę parę razy.

Podobnie w jak ja miał w życiu Patryk Tarachoń – młody chłopak, prowadzący bloga o relacjach międzyludzkich. To także autor książki pt.: “Przygotuj się na start”, w której to opowiadał o ludziach, którychspotkał kiedyśw swoim życiu (w tym również osoby, które dawniej mu dokuczały), oraz mówił o tym, jaki wpływ wywarli oni na niego. Pokazywał też, drogę, którą  przeszedł, aby być tym, kim jest dzisiaj.

W poradniku zawarto mnóstwo anegdot z życia młodego mężczyzny,poczynając od szkoły podstawowej, naosiągnieciu pełnoletności kończąc. Jedne rozdziały przemawiały do mnie bardziej niż inne, w myśl zasady, którą stosuję przy czytaniu poradników– zapamiętuję te  informacje, które są mi w danym czasie potrzebne. Jednakżetakich historii było tutaj trochę za dużo.

Uwagę swą zwróciłam szczególnie na zawarte w książce wywiady z różnymi autorami blogów oraz porady, których udzielali. Z miłą chęcią czytałam też opowieści osób, które zgodziły się przedstawić jak były traktowane w szkole.

Oprócz “Przygotuj się na start” dostałam od Pana Patryka krótki zeszyt ćwiczeń: “Jak poradzić sobie z poniżeniem i kompleksami”. Ta krótka książeczka zawiera w sobie różne ćwiczenia, a także definicje np: agresji słownej czy fizycznej, a także kilka wskazówek, mających pomóc czytelnikowi uświadomić sobie oraz zrozumieć parę rzeczy. Być może pomogło by mi to, gdybym miała dwanaście lat. W momencie gdy skończyłam dwadzieścia jeden, mogę sobie gdybać, jakbym zareagowała na taką pozycję w tamtym czasie.

Za ebooki bardzo serdecznie dziękuję autorowi.

Nowy rodzaj wampira – recenzja książki “Naznaczony”

Wampiry energetyczne to dość powszechna nazwa na osoby, które “wysysają” z ludzi dobry nastrój. Na szczęście nie miałam nigdy spotkania z takim człowiekiem, ale znam ludzi, które miały w swoim otoczeniu takiego “wampira” i szybko zakończyły takie znajomości.

Co by jednak było, gdyby osoby zamiast wysysania energii, potrafiły się “karmić” tylko tymi negatywnymi, przez co rośliby w siłę i byli w stanie nawet zabić, żeby upajać się bólem?

Agnieszka Antosik, autorka książki “Naznaczony”, znalazła nazwę na takie indywidua. Są oni Antyistnieniami – kreaturami, pragnącymi wymordować całą ludzkość. Należy do nich główny bohater całej historii – Dylan, które całe swoje dzieciństwo spędził w domu dziecka i czuł, że nie jest jak inni. Nie był radosnym chłopakiem, raczej dystansował się od wszystkich, a uśmiechał się w momencie, kiedy ktoś cierpiał. Jednak Sophia rozbudza w nim coś więcej niż chwilową fascynację. Ale czy ich związek nie będzie destrukcyjny dla kogoś, kto nie rozumie ludzkich uczuć? I co oznaczają dziwne dane na ręce chłopaka, które czasem znikają lub też się zmieniają?

Z Dylanem miałam taki problem, że jego postać jest idealnie wykreowana na osobę bez uczuć. Ton jego wypowiedzi jest zawsze zimny, dokładnie wie, co i jak powiedzieć, żeby zmanipulować człowiekiem. Jednak nie potrafiłam go polubić, ze względu właśnie na jego takie oschłe zachowanie i ten brak uczuć.

Chyba z całej trójki głównych protagonistów moją sympatię zdobył przyjaciel Dylana – Jake, który mimo że jest bohaterem dynamicznym, wciąż daje się lubić, mimo podejmowanych przez niego decyzji. Jake to idealny przykład,  jak bardzo Dylan miał duży wpływ na ludzi.

Co do samej Sophie, nie za bardzo przepadałam za jej postacią i czasem się zastanawiałam, dlaczego podjęła taką, a nie inną decyzję. Myślałam też w pewnej chwili, że cierpi na syndrom Sztokholmski. Dopiero jednak pod koniec opowieści pokazała pazurki i przestała być taką miłą i zawsze ułożoną

Przyznam, że na początku książki, gdy poznałam głównego bohatera myślałam, iż nie dotrwam do końca i odłożę ją mniej więcej w połowie. Ta jego oziębłość wybitnie działała mi na nerwy. Jednak na szczęście tego nie zrobiłam. W końcu przywykłam do jego charakteru i wciągnęłam się w całą historię.

Bałam się też, że romans między Dylanem a Sophie zepsuje fabułę, ale na szczęście nie wpłynął bardzo na nią i był tylko interesującym dodatkiem.

Za egzemplarz książki dziękuję