Wyjdź na zewnątrz! – recenzja książki “Idź na spacer”

Na ostatnim dłuższym spacerze, bo takim około godzinnym, byłam jakoś w okolicy początku listopada, kiedy to przeszłam dwie okoliczne wsie, w poszukiwaniu banerów reklamowych, o tematyce Halloween/Wszystkich Świętych. Niestety wróciłam z niczym, jednak podczas przechadzki, wpadł mi do głowy pewien pomysł, dzięki któremu, zadanie zostało zaliczone przez wykładowcę.

O korzystnych skutkach spacerów, można przeczytać w książce pt. “Idź na spacer!” autorstwa Shane’aO’Mara. W swoim poradniku oprócz wyżej wspomnianych przytacza onrównież badania, które zostały przeprowadzone aby sprawdzić, jak regularne spacery wpływają na jakość życia. Opisał on także, zmiany jakie zachodzą w mózgu podczas kiedy chodzimy. Było to dla mnie bardzo interesujące. Wspominał również o spacerach w miastach, a także o ich wpływie na kreatywność.

Poruszona została tu również kwestiapozytywnego wpływu spacerówna osoby  cierpiące na depresję. Z tego, co zrozumiałam, może to pomóc w łagodnej formie przygnębienia. W tym rozdziale autor przytoczył również badanie, w którym przez jedenaście lat próbowano stwierdzić, czy aktywność fizyczna może zapobiec objawom depresji.

Jednak to pozostawię osobom, które się na tym znają, to jest na tyle trudna kwestia, abym oparła się tylko na tej jednej książce.

Sama również przeprowadziłam dziś eksperyment. Podczas popołudniowej przechadzki, podczas której robiłam zdjęcia książki, zawędrowałam do sąsiedniej wsi. Dokładnie będąc w pobliżu znaku, wpadło mi do głowy, aby włączyć aplikację zliczającą kroki. Tak więc została zmierzonaich ilośćod granicy wsi, aż pod mój domorazczas w jakim pokonałam tę odległość. Dwie godziny później, ten sam dystans przeszłam raz jeszczewraz z moim psem i wyniki lekko mnie zaskoczyły. Byłam pewna, że pokonanie tej samej trasy ze zwierzakiem, zajmie mi więcej czasu i pochłonie większą liczbę kroków, biorąc pod uwagę każdy postój psa, każde jego pociągnięcie w kilka różnych stron, bo inny pies, bo jakiś zapach, bo coś innego…

Pierwszy screen to kroki, jakie zrobiłam sama, przy zwykłym chodzie. Drugi pokazuje kroki z psem

Patrząc na wyniki, wygląda na to, że idąc z Nerem, szłam szybciej. Krótszy dystans zaprezentowany na screenie był wynikiem tego, że aplikacja nie działa w oparciu o GPS, więc w momencie, gdy robiłam większe kroki, żeby nadążyć za psem, z automatu skróciło mi przebyty dystans.

A jak jest z wami? Lubicie spacerować?

Za egzemplarz dziękuję

Zen przez akceptację – recenzja “Jak pozostać człowiekiem w tym piep*onym świecie”

Jeżeli chodzi o wszelkie książki poradnikowe, to bardzo lubię sprawdzać, czy rady w nich zawarte w jakimś stopniu się sprawdzają. Czasem biorę do serca wszystkie, czasem tylko takie, które są mi potrzebne na obecnym etapie życia.

Tytuł poradnika autorstwa Tima Desmonda czyli “Jak być człowiekiem w tym piepr*onym świecie” zainteresował mnie od razu i tak naprawdę to on zaważył na tym, że książka znalazła się w mojej biblioteczce.  

Gdy myślałam o tej pozycji, miałam wrażenie, że będzie ona podobna do innego poradnika, który czytałam niedawno.

Nic bardziej mylnego.

Autor starał się oswoić czytelników z cierpieniem, podał ćwiczenia, które miały w tym pomóc, a także przytoczył różne anegdotki, poznane podczas swojej podróży.

Dodatkowo wszystko to, zostało oparte na filozofii buddyjskiej. Znajdują się tam także wskazówki do praktyki medytacyjnej i utrwalaniu tego, czego można było się nauczyć z tej pozycji.

Książkę czytało się szybko, nawet udało mi się zrobić jedno ćwiczenie, jednak ze względu na brak czasu i ciągłe rozjazdy, nie mam możliwości codziennego ich wykonywania. Spróbuję wrócić do nich, gdy będę dłużej w jednym miejscu i wtedy ocenię skuteczność.

Mam do tej książki naprawdę mieszane odczucia. Z jednej strony naprawdę chciałabym sprawdzić, czy dzięki tej lekturze można w jakiś sposób zaakceptować to cierpienie, które  w nas drzemie, a z drugiej nie jestem pewna, czy chcę znów ją czytać. Z pewnością będzie musiała przeleżeć swoje na półce i wtedy zadecyduję. Jednak póki co, powędruje do mojej przyjaciółki, bardziej orientującej się w tym temacie.

Z poradnikami zawsze jest taki problem, że czyta je dana grupa osób. Tę książkę mogłabym polecić osobom, które interesują się medytacjami lub też buddyzmem. Jednak zachęcam wszystkich do zapoznania się z opisem. Być może kogoś zainteresuje ta pozycja. 

Tylko dla niegrzecznych…i po 23… – recenzja “Naughty Boxa”

Miałam nigdy nie kupować boxów. Były dla mnie za drogie i nie chciałam marnować na nie pieniędzy. Jednak gdy po raz pierwszy zobaczyłam “Naughty box” od “Magical Suitcase” od razu mnie zainteresował. Postanowiłam więc osobiście sprawdzić, o co tyle szumu wokół tych paczek.

Koszt takiego pudełka to 119 złotych, plus koszty przesyłki. Co miesiąc w każdym boxie można znaleźć inne książki oraz gadżety, które mają nam umilić czytanie.  W poprzednim, o którym czytałam, znalazły się  obie części “Sponsora”, świeczka i kulki gejszy.

Byłam ogromnie ciekawa, co znajduje się w środku (i nie tylko ja, wraz ze znajomymi obstawialiśmy, jakie gadżety będą dodane), a radość podczas odpakowywania paczki można porównać do odpakowywania prezentów Gwiazdkowych.

Widziałam już u kilku osób unboxingi, więc kartka z przedmiotami, które dostałam, została odłożona na bok. Twórczynie też położyły ją białą stroną do góry, aby nie psuć niespodzianki.

W pudełku październikowym znalazłam dwie książki: “Rysunkowego chłopaka” i “Kuszącą pomyłkę”. Dziewczyny, które wykonały paczkę w ten sposób zmotywowały mnie, abym w końcu zapoznała się z twórczością autorek wspomnianych pozycji. Od dłuższego czasu miałam takie plany, jednak zawsze wyskakiwało “coś” – czy to brak w bibliotece, czy to brak funduszy.

Oprócz wyżej wymienionych gadżetów dostałam także świeczkę sojową, która jest mieszanką zapachu czekolady i wanilii – będzie to piękna ozdoba w mojej nowej biblioteczce. Pachnie bardzo ładnie i słodko.

W środku znajdował się również olejek do masażu w czarnym opakowaniu z napisem “Kusząca pomyłka”. Miałam lekki problem z identyfikacją zapachu, za każdym razem pachniał inaczej, jednak ostatecznie obstawiłam, że to woń jagód.

I w końcu coś, co poprawiło mi humor na resztę dnia, a mianowicie dwa gadżety: klipsy na sutki, a także lina. Jak zostało napisane, wszystkie przedmioty mają wartość kolekcjonerską, więc używać ich będę jedynie do zdjęć.

Oprócz wyżej wymienionych przedmiotów otrzymałam trzy zakładki i kod rabatowy, który obniża wartość zamówienia.

Jestem bardzo zadowolona z tej paczki, a szczególnie ze świeczki i książki “Kusząca pomyłka”. Co do olejku, to jeszcze zobaczę, co z nim pocznę. Pewnie póki co też będzie w formie rekwizytu do fotografii.

Z pewnością to nie ostatni box, który zakupiłam u “Magical Suitcase”. W swojej ofercie oprócz wyżej wspomnianego, znajdują się również pudełka z uniwersum Harrego Pottera, Disneya, a nawet Marvela.

PS. Tak, wiem, że takie rzeczy powinno się rozpakowywać i komentować przed kamerą, jednak ja się nie nadaję zbytnio do tego. Sprawdzona informacja podczas warsztatów telewizyjnych na studiach.

Ujrzeć to, czego nie widać – recenzja książki “Pan Doubler zaczyna od nowa”

Większość osób posiada jakieś hobby, a jeżeli los się do nich uśmiechnie, dodatkowo mogą na swojej pasji zarabiać i uczynić z niej coś, co po sobie zostawią. Moim marzeniem było kiedyś napisanie książki, jednak obecnie zostało ono zepchnięte w głąb duszy bowiem skupiłam się na recenzowaniu. Chyba nie byłabym w stanie poświęcić całego swojego życia jednej aktywności np. na wymyślanie fabuły.

W przeciwieństwie do głównego bohatera powieści Seni Glaister pt.: “Pan Doubler zaczyna od nowa”, który poświęcił się…ziemniakom.

Tytułowa postać była dosłownie chodząca encyklopedią. Bohater zaczął nawetpracować nad “ziemniaczanym eksperymentem”, o którym wiedziała tylko jego sprzątaczka –chyba jedyna bliska mu osoba. Jednak wszystko się zmieniło, gdy pod dom podjechała córka gosposi, po czym oznajmiła, że pani Millwood znajduje się w szpitalu. Mimo tego pan Doubler pozostał z nią w stałym kontakcie telefonicznym. Wtedy też złożył on swojej kobiecie pewną obietnicę…

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce, tak naprawdę zainteresował mnie ziemniak widoczny na froncie okładki. Jak się okazało,to jedna z tych opowieści, które niosą za sobą przesłanie.

Tytułowy bohater bardzo interesował się ziemniakami – oprócz elementarnej wiedzy o ich hodowli, wiedział również jak je serwować, oraz jak wytwarzać z nich napoje alkoholowe. Poświęcił im całe życie – kosztem swojej rodziny. Po odejściu żony, Doubler całkowicie odizolował się od ludzi, a swoje dzieci spotykał tylko w niedzielę, gdy go odwiedzały na rodzinnym obiedzie.

Był jednak bohaterem dynamicznym, na kartach powieści obserwujemy jego zmianę i “wybudzenie” z odrętwienia, w które wpadł jakiś czas temu.

 Trochę się też z nim utożsamiałam, bo sama miałam taki epizod. Tylko ja uciekłam w książki.

Co do pani Millwood…Chciałabym, abym w jej wieku też tak aktywnie spędzała czas. Podczas czytania miałam wrażenie, że to ona jest dwudziestoletnią dziewczyną, z mnóstwem energii, a ja starszą panią.

Kobieta mimo swojej choroby wciąż była dzielna i starała się wesprzeć swojego przyjaciela. Dzwoniła do niego prawie, że codziennie i to ona wymusiła na nim złożenie obietnicy, która odmieniła jego życie.

Każda postać została dobrze wykreowana i tylko jedna nie zdobyła mojej sympatii. Nawet największego konkurenta Doublera lubiłam bardziej, niż syna głównego bohatera – Juliana. Odrzucało mnie od niego jego patrzenie na wszystkich z góry, zbyt wygórowane ego, a także jego przebiegłość. Nie cofnąłby się przed niczym. Nawet zniszczyłby rodzinę, gdyby tylko musiał. 

Spędziłam z książką naprawdę przyjemne chwilę, miałam nawet chwilową refleksję nad swoim życiem, jednak póki co, nie jestem gotowa na żadną zmianę. Jest to idealna książka na jesienny wieczór.

Za egzemplarz dziękuję

Czym skorupka za młodu… – recenzja książki “Przygotuj się na start”

Temat dręczenia w szkole przerobiłam dwa razy, chociaż to właśnie w gimnazjum wyśmiewanie mnie miało najczęściej miejsce. Powód? Nosiłam gorset ortopedyczny, którego zadanie polegało na utrzymywaniu mojej sylwetki w linii prostej i co za tym szło – nie wykręcania kręgosłupa w różne dziwne strony. Nikogo nie obchodziło, żeto dla mojego zdrowia. Byłam po prostu dziwadłem. Wtedy bardzo mnie to dotykało. Teraz jako osoba dorosła jużnie muszę tego nosić, a po skończeniu szkoły tych którzy, mnie wyśmiewali, widziałam tak naprawdę parę razy.

Podobnie w jak ja miał w życiu Patryk Tarachoń – młody chłopak, prowadzący bloga o relacjach międzyludzkich. To także autor książki pt.: “Przygotuj się na start”, w której to opowiadał o ludziach, którychspotkał kiedyśw swoim życiu (w tym również osoby, które dawniej mu dokuczały), oraz mówił o tym, jaki wpływ wywarli oni na niego. Pokazywał też, drogę, którą  przeszedł, aby być tym, kim jest dzisiaj.

W poradniku zawarto mnóstwo anegdot z życia młodego mężczyzny,poczynając od szkoły podstawowej, naosiągnieciu pełnoletności kończąc. Jedne rozdziały przemawiały do mnie bardziej niż inne, w myśl zasady, którą stosuję przy czytaniu poradników– zapamiętuję te  informacje, które są mi w danym czasie potrzebne. Jednakżetakich historii było tutaj trochę za dużo.

Uwagę swą zwróciłam szczególnie na zawarte w książce wywiady z różnymi autorami blogów oraz porady, których udzielali. Z miłą chęcią czytałam też opowieści osób, które zgodziły się przedstawić jak były traktowane w szkole.

Oprócz “Przygotuj się na start” dostałam od Pana Patryka krótki zeszyt ćwiczeń: “Jak poradzić sobie z poniżeniem i kompleksami”. Ta krótka książeczka zawiera w sobie różne ćwiczenia, a także definicje np: agresji słownej czy fizycznej, a także kilka wskazówek, mających pomóc czytelnikowi uświadomić sobie oraz zrozumieć parę rzeczy. Być może pomogło by mi to, gdybym miała dwanaście lat. W momencie gdy skończyłam dwadzieścia jeden, mogę sobie gdybać, jakbym zareagowała na taką pozycję w tamtym czasie.

Za ebooki bardzo serdecznie dziękuję autorowi.

Nowy rodzaj wampira – recenzja książki “Naznaczony”

Wampiry energetyczne to dość powszechna nazwa na osoby, które “wysysają” z ludzi dobry nastrój. Na szczęście nie miałam nigdy spotkania z takim człowiekiem, ale znam ludzi, które miały w swoim otoczeniu takiego “wampira” i szybko zakończyły takie znajomości.

Co by jednak było, gdyby osoby zamiast wysysania energii, potrafiły się “karmić” tylko tymi negatywnymi, przez co rośliby w siłę i byli w stanie nawet zabić, żeby upajać się bólem?

Agnieszka Antosik, autorka książki “Naznaczony”, znalazła nazwę na takie indywidua. Są oni Antyistnieniami – kreaturami, pragnącymi wymordować całą ludzkość. Należy do nich główny bohater całej historii – Dylan, które całe swoje dzieciństwo spędził w domu dziecka i czuł, że nie jest jak inni. Nie był radosnym chłopakiem, raczej dystansował się od wszystkich, a uśmiechał się w momencie, kiedy ktoś cierpiał. Jednak Sophia rozbudza w nim coś więcej niż chwilową fascynację. Ale czy ich związek nie będzie destrukcyjny dla kogoś, kto nie rozumie ludzkich uczuć? I co oznaczają dziwne dane na ręce chłopaka, które czasem znikają lub też się zmieniają?

Z Dylanem miałam taki problem, że jego postać jest idealnie wykreowana na osobę bez uczuć. Ton jego wypowiedzi jest zawsze zimny, dokładnie wie, co i jak powiedzieć, żeby zmanipulować człowiekiem. Jednak nie potrafiłam go polubić, ze względu właśnie na jego takie oschłe zachowanie i ten brak uczuć.

Chyba z całej trójki głównych protagonistów moją sympatię zdobył przyjaciel Dylana – Jake, który mimo że jest bohaterem dynamicznym, wciąż daje się lubić, mimo podejmowanych przez niego decyzji. Jake to idealny przykład,  jak bardzo Dylan miał duży wpływ na ludzi.

Co do samej Sophie, nie za bardzo przepadałam za jej postacią i czasem się zastanawiałam, dlaczego podjęła taką, a nie inną decyzję. Myślałam też w pewnej chwili, że cierpi na syndrom Sztokholmski. Dopiero jednak pod koniec opowieści pokazała pazurki i przestała być taką miłą i zawsze ułożoną

Przyznam, że na początku książki, gdy poznałam głównego bohatera myślałam, iż nie dotrwam do końca i odłożę ją mniej więcej w połowie. Ta jego oziębłość wybitnie działała mi na nerwy. Jednak na szczęście tego nie zrobiłam. W końcu przywykłam do jego charakteru i wciągnęłam się w całą historię.

Bałam się też, że romans między Dylanem a Sophie zepsuje fabułę, ale na szczęście nie wpłynął bardzo na nią i był tylko interesującym dodatkiem.

Za egzemplarz książki dziękuję

To już dwa lata!

Pora na podsumowanie kolejnego roku na blogu.

Zeszłoroczny post był dodany z opóźnieniem, jako podsumowanie miesiąca, teraz jednak dotrzymam terminu i post pojawi się dokładnie dziś – w drugie urodziny Książek Oczami A.M.N.

 Jedenaście miesięcy temu opisywałam Wam, jak zaczęła się moja przygoda z blogosferą. Dziś chciałabym opowiedzieć, co dały mi dalsze działania w tym obszarze.

Przede wszystkim doszkoliłam warsztat pisarki, co zaprocentowało na tegorocznych praktykach dziennikarskich, w jednej z redakcji gazety, która znajduje się w moim mieście. Dzięki temu dwa moje artykuły ukazały się w wersji papierowej, a mój opiekun, który nadzorował moje poczynania stwierdził, że całkiem nieźle piszę, co dla mnie, jako praktykantki było naprawdę dużym wyróżnieniem.  

Dzięki prowadzeniu bloga, zaczęłam doceniać małe rzeczy. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, gdy otrzymałam swój pierwszy patronat medialny, ale też bałam się, że źle wywiążę się z tego zadania. Teraz już jest mi łatwiej, chociaż gdy otrzymałam kolejny patronat, też cieszyłam się jak dziecko na Gwiazdkę.

“Łzy starej sosny” to mój drugi patronat medialny 🙂

Poznałam wiele wspaniałych osób, na przykład Olę, autorkę “Smoczego Dziecięcia”, która ostatnio zgodziła się na wywiad. Na Warszawskich Targach Książki udało mi się spotkać większość autorek z Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro, których pozycje miałam przyjemność recenzować. Bardzo ucieszyłam się z faktu, że niektóre z nich kojarzą mojego bloga.

Jak się okazało, w kolejkach po autografy można było spotkać bardzo miłe osoby, z którymi znajomość może trwać dłużej niż rozmowa na Targach. Tak było chociażby z Pauliną z kanału “Feniksa Czyta”, że poznałyśmy się przez przypadek, a kontakt mamy do dziś. Sporadyczny, bo sporadyczny, ale jest.

Co do dalszej działalności, to mam parę pomysłów. Nadal będę zamieszczać recenzje książek, jednak od czasu do czasu pojawi się też jakiś post okołoksiążkowy, czy to relacja z koncertu, czy to z jakiegoś innego wydarzenia, czy chociażby to, z jakiego powodu mnie, jako blogerce potrzebny był czytnik e-booków.

Wywiad z Aleksandrą Ostapczuk

A.M.N:  Czy lubiłaś czytać książki, kiedy byłaś młodsza?

Ola: Na początku, gdy ma się sześć, siedem lat, nikt nie lubi czytać. Mi zrobiła numer babcia, jak właśnie byłam w wieku szkolnym. Kupiła mi “Awanturę o Basię” Kornela Makuszyńskiego i przeczytała pierwszy rozdział, po czym powiedziała, że jeżeli chcę się dowiedzieć, co było dalej, to muszę przeczytać. I to była moja pierwsza książka do przeczytania i po prostu się w nią wciągnęłam. Zaczęłam potem czytać masowo wszystkie opowieści, które mi rodzice wcześniej czytali, książki które podbierałam i sama zaczęłam je czytać. Zaczynałam od powieści podróżniczych, przygodowych np. Pan Szklarski, Makuszyński, Maj i tak jakoś dalej poszło w fantasy.  

A.M.N: Czyli można uznać, że “Awantura o Basię” była tą, która cię przekonała do  czytania?

Ola: Tak, to była ta książka. Jak ktoś czytał, to pewnie kojarzył, że w pierwszym rozdziale jest więcej pytań niż odpowiedzi i nie da się zamknąć książki w pierwszym rozdziale, więc w bardzo “brutalny” sposób zostałam przekonana do tego, że mam sobie czytać, jeżeli chciałam się dowiedzieć co się działo. Na przestrzeni lat dałam się przekonać, że każda książka to drzwi do innego świata. Jest wiele podobnych, ale nie ma takich samych i w którymś momencie doszłam do wniosku, że chciałabym stworzyć swój świat, bo nie znalazłam tego, czego szukałam w innych.

A.M.N: Masz swojego ulubionego pisarza, którego najbardziej cenisz?

Ola: Mam ogromny sentyment do pana Szklarskiego, tak naprawdę też był jednym z takich pierwszych pisarzy, którego książki zaczęłam czytać, potem czytałam dosyć dużo z fantastyki   czyli Flanagan i “Zwiadowcy”, “Harry Potter” no to już taka klasyka, Rick Riordan , Sir Arthur Conan Doyle i “Sherock Holmes”, a także Aghata Christie. Czytałam dużo, dopóki nie poszłam do liceum.

A.M.N: Gdy zamarzyłaś sobie, że chciałabyś stworzyć własny świat, czym się inspirowałaś?

Ola: Wyszło tak trochę śmiesznie, bo miałam dziesięć lat i doszłam do wniosku, że nie mam czego czytać, bo nie znalazłam tego, czego szukałam. Wtedy też pomyślałam, że mogłabym sama zacząć tworzyć jakby swój świat. I tutaj ogromny ukłon w stronę mojego młodszego brata. Miał wtedy pięć lat i przyznałam mu się, że chciałabym pisać. Piotrek pokiwał głową i powiedział: “No dobra siostra, mów”.  Zaczęłam mu wtedy opowiadać, co chciałabym pisać. Mój brat wrobił się w ośmioletnie słuchanie  o wszystkich moich pomysłach, korygowanie tych, które nie były dobre, wymyślanie postaci, wątków, musiał wytrzymywać czterdzieści wersji tego samego zdarzenia, który nie był dla mnie wciąż idealny. Wtedy też to był moment, w którym zaczęłam pisać do szuflady na początku, z jednej wersji zrobiła się kolejna. “Smocze Dziecię”, które aktualnie znajduje się na półkach jest siódmą, albo piątą wersją, jednak bohaterowie są z pierwszego rysu, który powstał, gdy miałam dziesięć lat.

A.M.N: Czyli można teoretycznie powiedzieć, że zajęło ci to siedem lat?

Ola: Teoretycznie tak, jednak mając dziesięć lat to był tylko taki pomysł, że “chciałabym”. A tak rzetelnie za tą książkę wzięłam się mając z piętnaście lat, już z trochę dojrzalszym spojrzeniem, z chłodniejszą oceną samego pomysłu. Więc tak naprawdę to jest dziesięć lat moich marzeń i trzy lata mojej ciężkiej pracy, ponieważ już w wieku ośmiu lat pojawiły się pierwsze marzenia o pisaniu. Na jednej z kartkówek w podstawówce miałam też pytanie, kim chciałabym zostać w przyszłości i napisałam, że chciałabym być pisarzem. Doszłam wtedy do wniosku, że stworzyć drzwi i zaprosić kogoś do swojej wyobraźni i do tego, co w środku nas siedzi i trzeba to komuś przekazać, to jest najpiękniejsze, co można w życiu robić. I to jest chyba sens całego tworzenia.

A.M.N: Czy “Smocze Dziecię” będzie trylogią, duologią, czy planujesz jakiś dłuższy cykl?

Ola: Zawsze mam problem z tym, żeby jakoś to wytłumaczyć tak prosto. “Smocze Dziecię” będzie miało dwie księgi. Pierwsza to “Cisza przed burzą”, druga -“Niemożliwe” jest chwilowo w warsztacie i jest jakoś w połowie już napisana.  Całe “Smocze Dziecię” dwuksięgowe to pierwszy tom serii “Sześcioksiąg”. I ta seria będzie się składała z kilku tomów, które będą się składały z kilku ksiąg. Może brzmi to dziwnie, ale łączy się w całość. To trochę jak z uniwersum Marvela. Jest jedna seria wiodąca “Avengers”, ale żeby kojarzyć skąd kto się wziął, kto kogo lubi, trzeba oglądnąć dwadzieścia innych filmów, żeby zrozumieć te wiodące.

Tak samo tutaj, będzie sześć wiodących, a oprócz tego jeszcze będzie kilka. Jak liczyłam ostatnio z bratem wyszło ich koło piętnastu, tylko z kanony fantasy, jednak każdy z nich będzie opowiadał o innym bohaterze.

A.M.N: Na kim wzorowałaś postać Kato?

Ola: Kato, to była postać, której miało na początku nie być, ale uznałam, że jest nudno i wplotłam właśnie jego. Chciałam przejść do wiodącego wątku pierwszego tomu, ale uznałam, że to trochę za szybko, po tych luźniejszych wydarzeniach, wiec wplotłam wątek z kimś nowym. I właśnie tak pojawił się Kato. Nie miał jakiegoś pierwowzoru, wzorował się sam na sobie.

A.M.N: A inne postacie z książki wzorowałaś na kimś, kogo znasz?

Ola: Piotr Miamison jest w pewien sposób chrześniakiem mojego brata, bez którego nigdy bym nie zaczęła pisać, tak naprawdę, bo gdyby Piotrek te osiem lat temu nie powiedział że mnie posłucha i nie zaczął pomagać mi w pisaniu, to nigdy bym się rzetelnie za to nie zabrała i nie odważyłabym się powiedzieć, że piszę, że mam takie marzenie i dlatego Piotr jest hołdem złożonym mojemu bratu. Poza tym niektórzy bohaterowie mają rysy dobrych lub mniej dobrych ludzi z mojego dotychczasowego życia. Nie ma postaci ściśle będącej przeniesieniem kogoś z życia realnego, mogą mieć rysy albo charakter osób z mojego otoczenia.

A.M.N: Na Targach Książki w Warszawie wspominałaś, że chciałabyś iść w stronę dziennikarstwa. Czy od tego czasu coś się zmieniło w twoich planach na przyszłość?

Ola: Chwilowo w klasie maturalnej chyba wszyscy mamy taki moment, gdy zaczynamy się zastanawiać, co chcielibyśmy robić. Zastanawiam się poważnie nad dziennikarstwem lub czymś z językiem angielskim. Jednak chciałabym wciąż pisać. Na jaki kierunek bym nie poszła, chciałabym pisać.

A.M.N: Jakie to uczucie mieć w rękach swoje marzenie?

Ola:  To jest uczucie nie do opisania. Trzymać w ręce coś, co kiedyś było myślą, a teraz jest rzeczą namacalną. Rok wcześniej było jeszcze marzeniem z tyłu głowy, że to jest nierealne i co ja sobie wymyślam.  Gdy rozpakowywałam książki, które przyniósł kurier, nie ukrywam, że płakałam trzymając w rękach opowieść, która wcześniej była tylko formą elektroniczną. Wydawnictwo zrobiło mi dość sporą niespodziankę, ponieważ nastawiałam się psychicznie na lipiec, kiedy to miała być premiera książki, przy czym z początkiem marca dostałam maila od Pani Agnieszki Kazały z Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro, że książki będą za tydzień.

A.M.N: Czemu akurat wybrałaś Wydawnictwo Literackie Białe Pióro?

Ola: Nie ukrywam, że Wydawnictwo Białe Pióro było wydawnictwem, które zaczęło mnie wspierać jako debiutantkę. Jako wtedy jako niepełnoletnia osoba, miałam problem ze znalezieniem wydawnictwa, które mnie wesprze, które w łopatologiczny sposób mi wytłumaczy, jak wygląda takie wydanie książki no i właśnie pani Agnieszka Kazała, do której napisałam maila, w bardzo sympatyczny i prosty sposób zaczęła mnie prowadzić ku wydaniu książki. Jest to małe wydawnictwo w Warszawie, jednak nie czułam się w nim nowa, anonimowa i jak dzieciak wśród dorosłych.

A.M.N: Dlaczego akurat wybrałaś motyw smoków?

Ola: Bo smoki są fajne. Fantasy daje nam ogromne pole do popisu, możemy stosować  je jako bajkę dla starszych dzieci, ale jest też w pewnym sensie kostiumem. Tak jak kiedyś pisano o historyzmie maski, tak samo można pisać o rzeczach uniwersalnych, o rzeczach przełomowych we wszystkich wiekach, w każdym uniwersum, właśnie pod kostiumem fantastyki.

 Smoki to bardzo popularny temat, sama zaczęłam się nimi także interesować. Nie ma mitologii czy podań ludowych bez smoków. Przykładowo mitologia słowiańska, rzymska, nordycka…tam wszędzie były smoki lub jakieś smoko podobne lub jaszczurzo podobne kreatury, więc to chyba ludzi od zawsze fascynowało. O smokach czytałam trochę książek, ale generalnie wymyśliłam sama własną teorię o smokach i sposób kształtowania tych istot dlatego, że książek fantasy jest już dużo na rynku i tak samo, jak różni się sposób przedstawiania wampirów i wilkołaków, tak samo się różni sposób przedstawiania smoków. Starałam się wymyślić coś nowego, po czym okazało się później, że już coś takiego jest. Jak powiedział kiedyś Lewis Hunter: “Nie będziesz nigdy nikomu mówił, że to już było, bo zawsze ktoś zrobi to w inny sposób.”  Różne drzwi do światów mogą być podobne, różne światy mogą być podobne, ale nigdy nie będą takie same.

A.M.N: Czytałaś jakieś książki dotyczące smoków?

Ola: “Eragorn”, była książką, która pchnęła mnie do pomysłu, żeby nie czekać do pełnoletności, ale wydać ją teraz. “Hobbit” i Smaug, która jest postacią genialnie ukształtowaną, z bajek to było “Jak wytresować smoka” czy “Shrek” i smoczyca tam występująca.

Magiczne sanatorium – recenzja książki “Piękni ludzie”

Na szczęście nigdy nie byłam ofiarą wypadku. Nie trafiłam też do szpitala, chociaż bywały takie dni, gdy jakiś kierowca prawie byłby mnie potrącił, bo uznał, że zdąży przejechać. Zazwyczaj mu się to udaje, ale co by było, gdybym się spieszyła i po prostu przebiegła przez pasy, kiedy on postanowił zwiększyć prędkość, albo najzwyczajniej w świecie nie patrzył wtedy na drogę?

Niestety Weronika – główna bohaterka powieści Katarzyny Janus pt. “Piękni ludzie” dość boleśnie się przekonała, jak złe jest takie wbieganie na jezdnię. Wypadek, którego była ofiarą, sparaliżował ją od pasa w dół. Na szczęście pojawiła się szansa na to, aby znów mogła chodzić.

Z tego też powodu Rafał – lekarz, który ją operował, zaproponował jej turnus rehabilitacyjny w Górznie. Tam dziewczyna znajduje tajemniczą książkę, napisaną przez właścicielkę pałacu, gdzie obecnie znajduje się sanatorium, w którym przebywa.

Tamże miewa również dziwne sny i to dzięki nim, może przenosić się w czasie, a dokładniej rzecz ujmując, do roku 1938.

Chyba po raz pierwszy miałam takie problemy z oceną bohaterów, a szczególnie głównych postaci.

Z jednej strony mamy Weronikę, Jędrzeja – sprawcę wypadku, a także Rafała, którzy żyją w XXI wieku, natomiast z drugiej są te same postacie, ale z czasów sprzed wojennych.

Ot, jest postać. Miała wypadek i za wszelką cenę stara się doprowadzić swoje nogi znów do stanu używalności. Ale z drugiej mamy znów tę samą dziewczynę, tylko z roku ’38 i tamta bardziej jakoś zaskarbiła moją sympatię. Nie wiem, czy to była zasługa tamtejszych opisanych realiów, czy też fakt, że tamta Weronika miała częściowe luki w pamięci i przyjemnie mi się czytało, jak dowiadywała się pewnych rzeczy.

Co do męskich bohaterów, też skłaniam się ku temu, aby poznać tych sprzed wojny, ponieważ wydają mi się bardziej wyraziści pod względem charakterów, niż osobowości ujęte w XXI wieku. Miałam takie wrażenie, że Jędrzej z obecnych czasów, to taka ciepła kluska. Rafał z czasów obecnych raz mnie rozczulił swoim zachowaniem, ale nie poczułam do niego nic więcej.

Mimo że pod względem zachowania zdecydowanie wolałam tamtych sprzed ponad osiemdziesięciu lat, to ci obecni nie byli źle wykreowani, ale nie zdobyli mojej sympatii.
“Piękni ludzie” są już drugą powieścią tej autorki, którą miałam przyjemność przeczytać i jestem bardzo zadowolona z lektury. Powtórzyły się moje odczucia z pierwszej recenzji książki tej autorki – a mianowicie to, że znów czytałam ją najszybciej jak mogłam, aby tylko poznać finał.

 I nie powiem, dosyć mnie zaskoczył, bo nie spodziewałam się takiego rozwiązania zagadki podróży Weroniki w czasie.

Książkę czyta się bardzo szybko i jeżeli mam być szczera, to z chęcią bym przeczytała powieść spod pióra pani Katarzyny, która byłaby osadzona w przedwojennych realiach.
Więc jeżeli ktoś ma ochotę na niezobowiązującą lekturę na wieczór, a lubi książki obyczajowe, z wątkiem historycznym w tle, to serdecznie ją polecam.

I jeszcze odrobinka sekty… – recenzja książki “Oświecony”

Nie wiem, skąd wziął się stereotyp studenta, który wiecznie jest pod wpływem i ciagle imprezuje,  a po tym wszsytkim  ma jeszcze siłę, żeby wrócić na uczelnię. Albo nie umiem studiować, (bo na zajęcia jeżdżę po to by jakąś wiedzę jednak wynieść), albo kiedyś to były inne czasy i studenci być może się tak właśnie zachowywali.

Mikołaj – główny bohater powieści  “Oświecony” autorstwa Łukasza Mularskiego też właśnie dołączył do zacnego grona studentów, uczęszczających na zajęcia na jednej z wyższych uczelni w Krakowie. Wkroczył w ten etap swojego życia, w którym teoretycznie rodzą się najsilniejsze przyjaźnie, a także zawiązuują się najtrwalsze związki.  Jednak uwaga chłopaka podzielona jest pomiędzy trzema kompletnie różnymi rzeczami – swoją wielką miłością, marzeniami o własnym biznesie i przezyciem przygody. Oczywiście oprócz nauki, Mikołaj chodzi na imprezy mocno zakrapiane alkoholem.

Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, żebym bohatera polubiła, znienawidziła go, a w końcu stwierdziła, że jest mi go w sumie trochę żal. Miałam wrażenie, że podczas swojego życia  bardzo się on pogubił. Najpierw względna stabilizacja, potem przelotne romanse, które kończą się katastrofą. W między czasie wyjazdy, poznawanie nowych ludzi, a także joga, pisarstwo, sekta…i to wszystko historia jednego chłopaka.

W książce przedstawiona jest przemiana głównego bohatera ze zwykłego studenta w kogoś, kto stał się “kimś” i  zapłaccił za to bardzo wysoką cenę.  

W pamięci utkwiła mi scena, w której główny bohater przekonywał się do czytania. W  tym momencie przemknęła mi myśl, że być może mogłabym się z nim dogadać, gdyby istniał w rzeczywistości. Jak się później okazało, niestety nasze charaktery nie były kompatybilne.

Sam finał historii nie jest może zbyt spektakularny, jednakże poczułam lekkie ukłucie smutku.

Niby książka ta napisana jest z przymrużeniem oka to jednak niektórych decyzji, które podejmował bohater, w ogóle nie popieram , a wręcz przeciwnie – kiedy o nich słyszę, to coś chce mnie trafić. Mówię tu chociażby o “skokach w bok”.  No i pozostaje jeszcze wątek sekty.  Mogło by go być trochę więcej, szczególnie, że chodzi o samych iluminatów!

Historia napisana w dwóch perspektywach,  ale największą jej część poznajemy oczami Mikołaja i to razem z nim przenosimy się do miasta królów (jeszcze nie zdarzyło mi się usłyszeć, aby ktoś Stare Miasto w Krakowie nazwał starówką), do Indii, a także do Niemiec.

Powieść znajdzie zarówno swoich zwolenników jak i przeciwników. Dla mnie była ona odskocznią od rzeczywistości. Książkę naprawdę szybko się czytało. Nie za każdym razem popierałam wybory głównego bohatera.

Nie jest to może górnolotna pozycja, ale z pewnością dała mi wiele do myślenia i będę żyła nią jeszcze przez parę dni. To jedna z tych książek, które trzeba przeczytać samemu, żeby wyrobić sobie o niej zdanie.

Jestem bardzo ciekawa, czy autor planuje kontynuację, ponieważ interesują mnie dalsze losy Mikołaja.