Czym skorupka za młodu… – recenzja książki “Przygotuj się na start”

Temat dręczenia w szkole przerobiłam dwa razy, chociaż to właśnie w gimnazjum wyśmiewanie mnie miało najczęściej miejsce. Powód? Nosiłam gorset ortopedyczny, którego zadanie polegało na utrzymywaniu mojej sylwetki w linii prostej i co za tym szło – nie wykręcania kręgosłupa w różne dziwne strony. Nikogo nie obchodziło, żeto dla mojego zdrowia. Byłam po prostu dziwadłem. Wtedy bardzo mnie to dotykało. Teraz jako osoba dorosła jużnie muszę tego nosić, a po skończeniu szkoły tych którzy, mnie wyśmiewali, widziałam tak naprawdę parę razy.

Podobnie w jak ja miał w życiu Patryk Tarachoń – młody chłopak, prowadzący bloga o relacjach międzyludzkich. To także autor książki pt.: “Przygotuj się na start”, w której to opowiadał o ludziach, którychspotkał kiedyśw swoim życiu (w tym również osoby, które dawniej mu dokuczały), oraz mówił o tym, jaki wpływ wywarli oni na niego. Pokazywał też, drogę, którą  przeszedł, aby być tym, kim jest dzisiaj.

W poradniku zawarto mnóstwo anegdot z życia młodego mężczyzny,poczynając od szkoły podstawowej, naosiągnieciu pełnoletności kończąc. Jedne rozdziały przemawiały do mnie bardziej niż inne, w myśl zasady, którą stosuję przy czytaniu poradników– zapamiętuję te  informacje, które są mi w danym czasie potrzebne. Jednakżetakich historii było tutaj trochę za dużo.

Uwagę swą zwróciłam szczególnie na zawarte w książce wywiady z różnymi autorami blogów oraz porady, których udzielali. Z miłą chęcią czytałam też opowieści osób, które zgodziły się przedstawić jak były traktowane w szkole.

Oprócz “Przygotuj się na start” dostałam od Pana Patryka krótki zeszyt ćwiczeń: “Jak poradzić sobie z poniżeniem i kompleksami”. Ta krótka książeczka zawiera w sobie różne ćwiczenia, a także definicje np: agresji słownej czy fizycznej, a także kilka wskazówek, mających pomóc czytelnikowi uświadomić sobie oraz zrozumieć parę rzeczy. Być może pomogło by mi to, gdybym miała dwanaście lat. W momencie gdy skończyłam dwadzieścia jeden, mogę sobie gdybać, jakbym zareagowała na taką pozycję w tamtym czasie.

Za ebooki bardzo serdecznie dziękuję autorowi.

Nowy rodzaj wampira – recenzja książki “Naznaczony”

Wampiry energetyczne to dość powszechna nazwa na osoby, które “wysysają” z ludzi dobry nastrój. Na szczęście nie miałam nigdy spotkania z takim człowiekiem, ale znam ludzi, które miały w swoim otoczeniu takiego “wampira” i szybko zakończyły takie znajomości.

Co by jednak było, gdyby osoby zamiast wysysania energii, potrafiły się “karmić” tylko tymi negatywnymi, przez co rośliby w siłę i byli w stanie nawet zabić, żeby upajać się bólem?

Agnieszka Antosik, autorka książki “Naznaczony”, znalazła nazwę na takie indywidua. Są oni Antyistnieniami – kreaturami, pragnącymi wymordować całą ludzkość. Należy do nich główny bohater całej historii – Dylan, które całe swoje dzieciństwo spędził w domu dziecka i czuł, że nie jest jak inni. Nie był radosnym chłopakiem, raczej dystansował się od wszystkich, a uśmiechał się w momencie, kiedy ktoś cierpiał. Jednak Sophia rozbudza w nim coś więcej niż chwilową fascynację. Ale czy ich związek nie będzie destrukcyjny dla kogoś, kto nie rozumie ludzkich uczuć? I co oznaczają dziwne dane na ręce chłopaka, które czasem znikają lub też się zmieniają?

Z Dylanem miałam taki problem, że jego postać jest idealnie wykreowana na osobę bez uczuć. Ton jego wypowiedzi jest zawsze zimny, dokładnie wie, co i jak powiedzieć, żeby zmanipulować człowiekiem. Jednak nie potrafiłam go polubić, ze względu właśnie na jego takie oschłe zachowanie i ten brak uczuć.

Chyba z całej trójki głównych protagonistów moją sympatię zdobył przyjaciel Dylana – Jake, który mimo że jest bohaterem dynamicznym, wciąż daje się lubić, mimo podejmowanych przez niego decyzji. Jake to idealny przykład,  jak bardzo Dylan miał duży wpływ na ludzi.

Co do samej Sophie, nie za bardzo przepadałam za jej postacią i czasem się zastanawiałam, dlaczego podjęła taką, a nie inną decyzję. Myślałam też w pewnej chwili, że cierpi na syndrom Sztokholmski. Dopiero jednak pod koniec opowieści pokazała pazurki i przestała być taką miłą i zawsze ułożoną

Przyznam, że na początku książki, gdy poznałam głównego bohatera myślałam, iż nie dotrwam do końca i odłożę ją mniej więcej w połowie. Ta jego oziębłość wybitnie działała mi na nerwy. Jednak na szczęście tego nie zrobiłam. W końcu przywykłam do jego charakteru i wciągnęłam się w całą historię.

Bałam się też, że romans między Dylanem a Sophie zepsuje fabułę, ale na szczęście nie wpłynął bardzo na nią i był tylko interesującym dodatkiem.

Za egzemplarz książki dziękuję

To już dwa lata!

Pora na podsumowanie kolejnego roku na blogu.

Zeszłoroczny post był dodany z opóźnieniem, jako podsumowanie miesiąca, teraz jednak dotrzymam terminu i post pojawi się dokładnie dziś – w drugie urodziny Książek Oczami A.M.N.

 Jedenaście miesięcy temu opisywałam Wam, jak zaczęła się moja przygoda z blogosferą. Dziś chciałabym opowiedzieć, co dały mi dalsze działania w tym obszarze.

Przede wszystkim doszkoliłam warsztat pisarki, co zaprocentowało na tegorocznych praktykach dziennikarskich, w jednej z redakcji gazety, która znajduje się w moim mieście. Dzięki temu dwa moje artykuły ukazały się w wersji papierowej, a mój opiekun, który nadzorował moje poczynania stwierdził, że całkiem nieźle piszę, co dla mnie, jako praktykantki było naprawdę dużym wyróżnieniem.  

Dzięki prowadzeniu bloga, zaczęłam doceniać małe rzeczy. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, gdy otrzymałam swój pierwszy patronat medialny, ale też bałam się, że źle wywiążę się z tego zadania. Teraz już jest mi łatwiej, chociaż gdy otrzymałam kolejny patronat, też cieszyłam się jak dziecko na Gwiazdkę.

“Łzy starej sosny” to mój drugi patronat medialny 🙂

Poznałam wiele wspaniałych osób, na przykład Olę, autorkę “Smoczego Dziecięcia”, która ostatnio zgodziła się na wywiad. Na Warszawskich Targach Książki udało mi się spotkać większość autorek z Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro, których pozycje miałam przyjemność recenzować. Bardzo ucieszyłam się z faktu, że niektóre z nich kojarzą mojego bloga.

Jak się okazało, w kolejkach po autografy można było spotkać bardzo miłe osoby, z którymi znajomość może trwać dłużej niż rozmowa na Targach. Tak było chociażby z Pauliną z kanału “Feniksa Czyta”, że poznałyśmy się przez przypadek, a kontakt mamy do dziś. Sporadyczny, bo sporadyczny, ale jest.

Co do dalszej działalności, to mam parę pomysłów. Nadal będę zamieszczać recenzje książek, jednak od czasu do czasu pojawi się też jakiś post okołoksiążkowy, czy to relacja z koncertu, czy to z jakiegoś innego wydarzenia, czy chociażby to, z jakiego powodu mnie, jako blogerce potrzebny był czytnik e-booków.

Wywiad z Aleksandrą Ostapczuk

A.M.N:  Czy lubiłaś czytać książki, kiedy byłaś młodsza?

Ola: Na początku, gdy ma się sześć, siedem lat, nikt nie lubi czytać. Mi zrobiła numer babcia, jak właśnie byłam w wieku szkolnym. Kupiła mi “Awanturę o Basię” Kornela Makuszyńskiego i przeczytała pierwszy rozdział, po czym powiedziała, że jeżeli chcę się dowiedzieć, co było dalej, to muszę przeczytać. I to była moja pierwsza książka do przeczytania i po prostu się w nią wciągnęłam. Zaczęłam potem czytać masowo wszystkie opowieści, które mi rodzice wcześniej czytali, książki które podbierałam i sama zaczęłam je czytać. Zaczynałam od powieści podróżniczych, przygodowych np. Pan Szklarski, Makuszyński, Maj i tak jakoś dalej poszło w fantasy.  

A.M.N: Czyli można uznać, że “Awantura o Basię” była tą, która cię przekonała do  czytania?

Ola: Tak, to była ta książka. Jak ktoś czytał, to pewnie kojarzył, że w pierwszym rozdziale jest więcej pytań niż odpowiedzi i nie da się zamknąć książki w pierwszym rozdziale, więc w bardzo “brutalny” sposób zostałam przekonana do tego, że mam sobie czytać, jeżeli chciałam się dowiedzieć co się działo. Na przestrzeni lat dałam się przekonać, że każda książka to drzwi do innego świata. Jest wiele podobnych, ale nie ma takich samych i w którymś momencie doszłam do wniosku, że chciałabym stworzyć swój świat, bo nie znalazłam tego, czego szukałam w innych.

A.M.N: Masz swojego ulubionego pisarza, którego najbardziej cenisz?

Ola: Mam ogromny sentyment do pana Szklarskiego, tak naprawdę też był jednym z takich pierwszych pisarzy, którego książki zaczęłam czytać, potem czytałam dosyć dużo z fantastyki   czyli Flanagan i “Zwiadowcy”, “Harry Potter” no to już taka klasyka, Rick Riordan , Sir Arthur Conan Doyle i “Sherock Holmes”, a także Aghata Christie. Czytałam dużo, dopóki nie poszłam do liceum.

A.M.N: Gdy zamarzyłaś sobie, że chciałabyś stworzyć własny świat, czym się inspirowałaś?

Ola: Wyszło tak trochę śmiesznie, bo miałam dziesięć lat i doszłam do wniosku, że nie mam czego czytać, bo nie znalazłam tego, czego szukałam. Wtedy też pomyślałam, że mogłabym sama zacząć tworzyć jakby swój świat. I tutaj ogromny ukłon w stronę mojego młodszego brata. Miał wtedy pięć lat i przyznałam mu się, że chciałabym pisać. Piotrek pokiwał głową i powiedział: “No dobra siostra, mów”.  Zaczęłam mu wtedy opowiadać, co chciałabym pisać. Mój brat wrobił się w ośmioletnie słuchanie  o wszystkich moich pomysłach, korygowanie tych, które nie były dobre, wymyślanie postaci, wątków, musiał wytrzymywać czterdzieści wersji tego samego zdarzenia, który nie był dla mnie wciąż idealny. Wtedy też to był moment, w którym zaczęłam pisać do szuflady na początku, z jednej wersji zrobiła się kolejna. “Smocze Dziecię”, które aktualnie znajduje się na półkach jest siódmą, albo piątą wersją, jednak bohaterowie są z pierwszego rysu, który powstał, gdy miałam dziesięć lat.

A.M.N: Czyli można teoretycznie powiedzieć, że zajęło ci to siedem lat?

Ola: Teoretycznie tak, jednak mając dziesięć lat to był tylko taki pomysł, że “chciałabym”. A tak rzetelnie za tą książkę wzięłam się mając z piętnaście lat, już z trochę dojrzalszym spojrzeniem, z chłodniejszą oceną samego pomysłu. Więc tak naprawdę to jest dziesięć lat moich marzeń i trzy lata mojej ciężkiej pracy, ponieważ już w wieku ośmiu lat pojawiły się pierwsze marzenia o pisaniu. Na jednej z kartkówek w podstawówce miałam też pytanie, kim chciałabym zostać w przyszłości i napisałam, że chciałabym być pisarzem. Doszłam wtedy do wniosku, że stworzyć drzwi i zaprosić kogoś do swojej wyobraźni i do tego, co w środku nas siedzi i trzeba to komuś przekazać, to jest najpiękniejsze, co można w życiu robić. I to jest chyba sens całego tworzenia.

A.M.N: Czy “Smocze Dziecię” będzie trylogią, duologią, czy planujesz jakiś dłuższy cykl?

Ola: Zawsze mam problem z tym, żeby jakoś to wytłumaczyć tak prosto. “Smocze Dziecię” będzie miało dwie księgi. Pierwsza to “Cisza przed burzą”, druga -“Niemożliwe” jest chwilowo w warsztacie i jest jakoś w połowie już napisana.  Całe “Smocze Dziecię” dwuksięgowe to pierwszy tom serii “Sześcioksiąg”. I ta seria będzie się składała z kilku tomów, które będą się składały z kilku ksiąg. Może brzmi to dziwnie, ale łączy się w całość. To trochę jak z uniwersum Marvela. Jest jedna seria wiodąca “Avengers”, ale żeby kojarzyć skąd kto się wziął, kto kogo lubi, trzeba oglądnąć dwadzieścia innych filmów, żeby zrozumieć te wiodące.

Tak samo tutaj, będzie sześć wiodących, a oprócz tego jeszcze będzie kilka. Jak liczyłam ostatnio z bratem wyszło ich koło piętnastu, tylko z kanony fantasy, jednak każdy z nich będzie opowiadał o innym bohaterze.

A.M.N: Na kim wzorowałaś postać Kato?

Ola: Kato, to była postać, której miało na początku nie być, ale uznałam, że jest nudno i wplotłam właśnie jego. Chciałam przejść do wiodącego wątku pierwszego tomu, ale uznałam, że to trochę za szybko, po tych luźniejszych wydarzeniach, wiec wplotłam wątek z kimś nowym. I właśnie tak pojawił się Kato. Nie miał jakiegoś pierwowzoru, wzorował się sam na sobie.

A.M.N: A inne postacie z książki wzorowałaś na kimś, kogo znasz?

Ola: Piotr Miamison jest w pewien sposób chrześniakiem mojego brata, bez którego nigdy bym nie zaczęła pisać, tak naprawdę, bo gdyby Piotrek te osiem lat temu nie powiedział że mnie posłucha i nie zaczął pomagać mi w pisaniu, to nigdy bym się rzetelnie za to nie zabrała i nie odważyłabym się powiedzieć, że piszę, że mam takie marzenie i dlatego Piotr jest hołdem złożonym mojemu bratu. Poza tym niektórzy bohaterowie mają rysy dobrych lub mniej dobrych ludzi z mojego dotychczasowego życia. Nie ma postaci ściśle będącej przeniesieniem kogoś z życia realnego, mogą mieć rysy albo charakter osób z mojego otoczenia.

A.M.N: Na Targach Książki w Warszawie wspominałaś, że chciałabyś iść w stronę dziennikarstwa. Czy od tego czasu coś się zmieniło w twoich planach na przyszłość?

Ola: Chwilowo w klasie maturalnej chyba wszyscy mamy taki moment, gdy zaczynamy się zastanawiać, co chcielibyśmy robić. Zastanawiam się poważnie nad dziennikarstwem lub czymś z językiem angielskim. Jednak chciałabym wciąż pisać. Na jaki kierunek bym nie poszła, chciałabym pisać.

A.M.N: Jakie to uczucie mieć w rękach swoje marzenie?

Ola:  To jest uczucie nie do opisania. Trzymać w ręce coś, co kiedyś było myślą, a teraz jest rzeczą namacalną. Rok wcześniej było jeszcze marzeniem z tyłu głowy, że to jest nierealne i co ja sobie wymyślam.  Gdy rozpakowywałam książki, które przyniósł kurier, nie ukrywam, że płakałam trzymając w rękach opowieść, która wcześniej była tylko formą elektroniczną. Wydawnictwo zrobiło mi dość sporą niespodziankę, ponieważ nastawiałam się psychicznie na lipiec, kiedy to miała być premiera książki, przy czym z początkiem marca dostałam maila od Pani Agnieszki Kazały z Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro, że książki będą za tydzień.

A.M.N: Czemu akurat wybrałaś Wydawnictwo Literackie Białe Pióro?

Ola: Nie ukrywam, że Wydawnictwo Białe Pióro było wydawnictwem, które zaczęło mnie wspierać jako debiutantkę. Jako wtedy jako niepełnoletnia osoba, miałam problem ze znalezieniem wydawnictwa, które mnie wesprze, które w łopatologiczny sposób mi wytłumaczy, jak wygląda takie wydanie książki no i właśnie pani Agnieszka Kazała, do której napisałam maila, w bardzo sympatyczny i prosty sposób zaczęła mnie prowadzić ku wydaniu książki. Jest to małe wydawnictwo w Warszawie, jednak nie czułam się w nim nowa, anonimowa i jak dzieciak wśród dorosłych.

A.M.N: Dlaczego akurat wybrałaś motyw smoków?

Ola: Bo smoki są fajne. Fantasy daje nam ogromne pole do popisu, możemy stosować  je jako bajkę dla starszych dzieci, ale jest też w pewnym sensie kostiumem. Tak jak kiedyś pisano o historyzmie maski, tak samo można pisać o rzeczach uniwersalnych, o rzeczach przełomowych we wszystkich wiekach, w każdym uniwersum, właśnie pod kostiumem fantastyki.

 Smoki to bardzo popularny temat, sama zaczęłam się nimi także interesować. Nie ma mitologii czy podań ludowych bez smoków. Przykładowo mitologia słowiańska, rzymska, nordycka…tam wszędzie były smoki lub jakieś smoko podobne lub jaszczurzo podobne kreatury, więc to chyba ludzi od zawsze fascynowało. O smokach czytałam trochę książek, ale generalnie wymyśliłam sama własną teorię o smokach i sposób kształtowania tych istot dlatego, że książek fantasy jest już dużo na rynku i tak samo, jak różni się sposób przedstawiania wampirów i wilkołaków, tak samo się różni sposób przedstawiania smoków. Starałam się wymyślić coś nowego, po czym okazało się później, że już coś takiego jest. Jak powiedział kiedyś Lewis Hunter: “Nie będziesz nigdy nikomu mówił, że to już było, bo zawsze ktoś zrobi to w inny sposób.”  Różne drzwi do światów mogą być podobne, różne światy mogą być podobne, ale nigdy nie będą takie same.

A.M.N: Czytałaś jakieś książki dotyczące smoków?

Ola: “Eragorn”, była książką, która pchnęła mnie do pomysłu, żeby nie czekać do pełnoletności, ale wydać ją teraz. “Hobbit” i Smaug, która jest postacią genialnie ukształtowaną, z bajek to było “Jak wytresować smoka” czy “Shrek” i smoczyca tam występująca.

Magiczne sanatorium – recenzja książki “Piękni ludzie”

Na szczęście nigdy nie byłam ofiarą wypadku. Nie trafiłam też do szpitala, chociaż bywały takie dni, gdy jakiś kierowca prawie byłby mnie potrącił, bo uznał, że zdąży przejechać. Zazwyczaj mu się to udaje, ale co by było, gdybym się spieszyła i po prostu przebiegła przez pasy, kiedy on postanowił zwiększyć prędkość, albo najzwyczajniej w świecie nie patrzył wtedy na drogę?

Niestety Weronika – główna bohaterka powieści Katarzyny Janus pt. “Piękni ludzie” dość boleśnie się przekonała, jak złe jest takie wbieganie na jezdnię. Wypadek, którego była ofiarą, sparaliżował ją od pasa w dół. Na szczęście pojawiła się szansa na to, aby znów mogła chodzić.

Z tego też powodu Rafał – lekarz, który ją operował, zaproponował jej turnus rehabilitacyjny w Górznie. Tam dziewczyna znajduje tajemniczą książkę, napisaną przez właścicielkę pałacu, gdzie obecnie znajduje się sanatorium, w którym przebywa.

Tamże miewa również dziwne sny i to dzięki nim, może przenosić się w czasie, a dokładniej rzecz ujmując, do roku 1938.

Chyba po raz pierwszy miałam takie problemy z oceną bohaterów, a szczególnie głównych postaci.

Z jednej strony mamy Weronikę, Jędrzeja – sprawcę wypadku, a także Rafała, którzy żyją w XXI wieku, natomiast z drugiej są te same postacie, ale z czasów sprzed wojennych.

Ot, jest postać. Miała wypadek i za wszelką cenę stara się doprowadzić swoje nogi znów do stanu używalności. Ale z drugiej mamy znów tę samą dziewczynę, tylko z roku ’38 i tamta bardziej jakoś zaskarbiła moją sympatię. Nie wiem, czy to była zasługa tamtejszych opisanych realiów, czy też fakt, że tamta Weronika miała częściowe luki w pamięci i przyjemnie mi się czytało, jak dowiadywała się pewnych rzeczy.

Co do męskich bohaterów, też skłaniam się ku temu, aby poznać tych sprzed wojny, ponieważ wydają mi się bardziej wyraziści pod względem charakterów, niż osobowości ujęte w XXI wieku. Miałam takie wrażenie, że Jędrzej z obecnych czasów, to taka ciepła kluska. Rafał z czasów obecnych raz mnie rozczulił swoim zachowaniem, ale nie poczułam do niego nic więcej.

Mimo że pod względem zachowania zdecydowanie wolałam tamtych sprzed ponad osiemdziesięciu lat, to ci obecni nie byli źle wykreowani, ale nie zdobyli mojej sympatii.
“Piękni ludzie” są już drugą powieścią tej autorki, którą miałam przyjemność przeczytać i jestem bardzo zadowolona z lektury. Powtórzyły się moje odczucia z pierwszej recenzji książki tej autorki – a mianowicie to, że znów czytałam ją najszybciej jak mogłam, aby tylko poznać finał.

 I nie powiem, dosyć mnie zaskoczył, bo nie spodziewałam się takiego rozwiązania zagadki podróży Weroniki w czasie.

Książkę czyta się bardzo szybko i jeżeli mam być szczera, to z chęcią bym przeczytała powieść spod pióra pani Katarzyny, która byłaby osadzona w przedwojennych realiach.
Więc jeżeli ktoś ma ochotę na niezobowiązującą lekturę na wieczór, a lubi książki obyczajowe, z wątkiem historycznym w tle, to serdecznie ją polecam.

I jeszcze odrobinka sekty… – recenzja książki “Oświecony”

Nie wiem, skąd wziął się stereotyp studenta, który wiecznie jest pod wpływem i ciagle imprezuje,  a po tym wszsytkim  ma jeszcze siłę, żeby wrócić na uczelnię. Albo nie umiem studiować, (bo na zajęcia jeżdżę po to by jakąś wiedzę jednak wynieść), albo kiedyś to były inne czasy i studenci być może się tak właśnie zachowywali.

Mikołaj – główny bohater powieści  “Oświecony” autorstwa Łukasza Mularskiego też właśnie dołączył do zacnego grona studentów, uczęszczających na zajęcia na jednej z wyższych uczelni w Krakowie. Wkroczył w ten etap swojego życia, w którym teoretycznie rodzą się najsilniejsze przyjaźnie, a także zawiązuują się najtrwalsze związki.  Jednak uwaga chłopaka podzielona jest pomiędzy trzema kompletnie różnymi rzeczami – swoją wielką miłością, marzeniami o własnym biznesie i przezyciem przygody. Oczywiście oprócz nauki, Mikołaj chodzi na imprezy mocno zakrapiane alkoholem.

Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, żebym bohatera polubiła, znienawidziła go, a w końcu stwierdziła, że jest mi go w sumie trochę żal. Miałam wrażenie, że podczas swojego życia  bardzo się on pogubił. Najpierw względna stabilizacja, potem przelotne romanse, które kończą się katastrofą. W między czasie wyjazdy, poznawanie nowych ludzi, a także joga, pisarstwo, sekta…i to wszystko historia jednego chłopaka.

W książce przedstawiona jest przemiana głównego bohatera ze zwykłego studenta w kogoś, kto stał się “kimś” i  zapłaccił za to bardzo wysoką cenę.  

W pamięci utkwiła mi scena, w której główny bohater przekonywał się do czytania. W  tym momencie przemknęła mi myśl, że być może mogłabym się z nim dogadać, gdyby istniał w rzeczywistości. Jak się później okazało, niestety nasze charaktery nie były kompatybilne.

Sam finał historii nie jest może zbyt spektakularny, jednakże poczułam lekkie ukłucie smutku.

Niby książka ta napisana jest z przymrużeniem oka to jednak niektórych decyzji, które podejmował bohater, w ogóle nie popieram , a wręcz przeciwnie – kiedy o nich słyszę, to coś chce mnie trafić. Mówię tu chociażby o “skokach w bok”.  No i pozostaje jeszcze wątek sekty.  Mogło by go być trochę więcej, szczególnie, że chodzi o samych iluminatów!

Historia napisana w dwóch perspektywach,  ale największą jej część poznajemy oczami Mikołaja i to razem z nim przenosimy się do miasta królów (jeszcze nie zdarzyło mi się usłyszeć, aby ktoś Stare Miasto w Krakowie nazwał starówką), do Indii, a także do Niemiec.

Powieść znajdzie zarówno swoich zwolenników jak i przeciwników. Dla mnie była ona odskocznią od rzeczywistości. Książkę naprawdę szybko się czytało. Nie za każdym razem popierałam wybory głównego bohatera.

Nie jest to może górnolotna pozycja, ale z pewnością dała mi wiele do myślenia i będę żyła nią jeszcze przez parę dni. To jedna z tych książek, które trzeba przeczytać samemu, żeby wyrobić sobie o niej zdanie.

Jestem bardzo ciekawa, czy autor planuje kontynuację, ponieważ interesują mnie dalsze losy Mikołaja.

Zagadki, rysunki…i gwiazdy – recenzja książki “Klątwa węża”

Kilka lat temu ponownie sięgnęłam po książkę “Seria niefortunnych zdarzeń”, którą porzuciłam, z uwagi na jej fabułę, która wydawała mi się wówczas mało interesująca.Czytając ją już jako osoba prawie dorosła, zaskoczyło mnie jak dużo rzeczy wydawało mi się takich dziecinnych, chociażby to, że z każdej opresji wychodzili bez szwanku. Podobne odczucia towarzyszyły mi, podczas czytania “Dziedzictwo Kopernika – Klątwa węża”, autorstwa Tony’ego Abbotta.

Historia opowiada o grupce przyjaciół, poszukujących tak zwanego “Dziedzictwa Kopernika”, czyli tajemniczej maszyny, która pozwala podróżować w czasie a także dwanaście należących do niego artefaktów, które strzeżone są przez Strażników. Drogę do nich wyznaczają zagadki, które muszą rozwiązać bohaterowie opowieści pomimo piętrzących się wokół nich problemów, np. kiedy osoby chcące zaskarbić sobie potęgę drzemiącą w tytułowym dziedzictwie, porywają mamę dwóch głównych bohaterów.

Książkę zaczęłam czytać od drugiego tomu. Już od pierwszych stron czytelnika porywa wartka akcja, jednakże nie polecam czytania od kolejnych pozycji serii, ponieważ ciężko było misię na początku połapać kto jest kim, w jakim wieku są bohaterowie, a także jak wpadli na trop owego “Dziedzictwa” oraz skąd mają niektóre przedstawione przedmioty.

Tym razem lekturę czytałam z wielką przyjemnością.Spodobał mi się pomysł  wprowadzenia postaci Mikołaja Kopernika oraz Zakonu Krzyżackiego, który co ciekawe działa nadal w czasach obecnych. To właśnie osoby z tego bractwa polują na artefakty, stworzone przez tego, co “wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”.

Co do Wyde’a, Darela, Lily i Beccy – czyli głównym bohaterom, którzy znajdywali się w niebezpieczeństwie, szczerze zazdroszczę umiejętności szybkiego i logicznego myślenia, kojarzenia faktów. Czasem odnoszę jednak wrażenie, że przychodziło im to o wiele za gładko, jak to często ma miejsce  w książkach przeznaczonych stricte dla młodzieży.

Zmorą dla mnie były zwroty w języku hiszpańskim i niemieckim, które nie zostały nigdzie przetłumaczone. Czasem któryś z bohaterów coś wyjaśniał, szczególnie przy niemieckich wstawkach, ale  przy hiszpańskich zwrotach, musiał się domyślać sensu wypowiedzi z kontekstu.

Historia zdecydowanie skierowana jest do nieco starszej młodzieży, mniej więcej w wieku 14-16 lat.

W serii “Dziedzictwo Kopernika”  opisano też sceny śmierci niektórych osób, ale nie są one jednak przedstawione w sposób krwawy. Autor uśmiercał swoich bohaterów otruwając ich -przynajmniej w tomie drugim.

Z niecierpliwością będę czekała na dalsze kontynuacje opowieści i z chęcią sięgnę po pierwszy tom. Ciekawi mnie jaki finał będzie miała cała historia, szczególnie, że zakończenie miło mnie zaskoczyło.

Za egzemplarz dziękuję

Zmiana nawyków żywieniowych – recenzja książki “Jeden tydzień rewolucji kulinarnych”

Kiedy słyszycie słowo “dieta”, to co wam pierwsze przychodzi na myśl? Jak byłam młodsza, dla mnie było to jedzenie przysłowiowej trawy z ogródka z liściem sałaty. Zawsze kojarzyła mi się z czymś negatywnym, przez co nie można było jeść słodyczy. Punkt widzenia zmieniłam dopiero wtedy, kiedy dorosłam i dowiedziałam się więcej o dietach.

Dlatego też z czystej ciekawości, wzięłam sobie na cel książkę “Jeden tydzień” rewolucji kulinarnych”, napisaną przez Sandrę Czeszejko – Sochacką.

Autorka opisała w niej cały swój tydzień diety. Oprócz podsumowania, co zjadła w ciągu całego dnia, jest tu też zawarte kilka przepisów na różne dietetyczne potrawy oraz wykaz tego co jest wskazane, a co nie np. w restauracjach, co bardzo mi pomagało, gdy chodziłam z bratem na obiad.

Nie jestem dietetykiem i nigdy wcześniej nie interesowałam się tym zagadnieniem. Swego czasu byłam na diecie lecz potem wróciłam na studia, zaczęły się wspólne obiady ze znajomymi, fast foody (bo szybko i blisko), batoniki (bo jest automat) i przestałam się trzymać jej założeń.

 Przeczytanie tej książki to oczywiście jedno, a sprawdzenie, czy zdrowe nawyki wścielane w życie działają, to drugie.

Wzięłam sobie niektóre rady zawarte w lekturze do serca i pozmieniałam trochę swój jadłospis, jednakże postanowiłam trzymać się wyliczonej niegdyś ilości kalorii ilości, które mogę przyjąć w ciągu dnia.

 Wyeliminowałam białe pieczywo i zamieniłam je na żytnie na zakwasie, makaron ze zwykłego zrobił się pełnoziarnisty oraz dołożyłam kefiry i jogurty, aby z tego zrobić jakieś owsianki i koktajle. Jak te owocowe bardzo mi posmakowały, to ten warzywny, który raz sobie zrobiłam, całkowicie mnie od siebie odrzucił. Jednakże nie odrzucam całkowicie koktajli warzywnych – muszę tylko znaleźć w sobie motywację, żeby je znów spróbować zrobić, tym razem może z innych składników.

Podczas tej diety przeprosiłam się też z patelnią, bo chcąc nie chcąc musiałam zacząć sobie gotować, za czym za bardzo nie przepadam. Korzystałam też z różnego rodzaju książek z daniami fit, które akurat były w domu. Od autorki podpatrzyłam przepis na kakao. Piłam je zawsze rano, dopóki ktoś mi go nie wywiózł z domu.

Efekt? Po dwutygodniowej diecie, licząc z dniami, kiedy przekroczyłam dozwolony limit dzienny, mimo wszystko zauważyłam poprawę cery, a także co dla mnie jest najważniejsze zeszłam z kilogramów (chyba z podobnym efektem do wyniku autorki).  

Czy polecam? Jeżeli ktoś chciałby zmienić nawyki żywieniowe i zrzucić trochę z wagi, to tak, zdecydowanie polecam.

Toksyczne relacje między… – recenzja przedpremierowa i patronacka książki “Łzy starej sosny”

Każdy z nas był kiedyś dzieckiem i dokładnie w tym okresie formował się jego światopogląd. Wtedy nabywaliśmy też swoje pierwsze cechy – te pozytywne, jak i negatywne. Niestety, jak głosi stare powiedzenie, te drugie nie dają się tak łatwo usunąć z charakteru już dorosłego człowieka.


Gizela, główna bohaterka powieści Grażyny Kamyszek pt. “Łzy starej sosny”, jest już dojrzałą kobietą, która trochę już przeżyła. Jednak przeszłość wciąż trzyma ją w swoich szponach, a co za tym idzie, bardzo wpływa na jej teraźniejszość. Jak więc poradzi sobie w nowej pracy, gdzie w teorii zatrudniona jest jako kelnerka?


Główną protagonistkę polubiłam od razu. Już przy pierwszych stronach pomyślałam sobie, że chciałabym być taka jak ona – spokojna i niedająca wyprowadzić się z równowagi. Sądziłam, że będzie taka do końca książki – nic bardziej mylnego. Była bohaterką dynamiczną, a po swojej zmianie, bardziej przypominała obecną mnie, chociaż nie wszystkim taka zmiana odpowiadała.


Moje serce zdobyła też Trudka – późniejsza przyjaciółka Gizeli, która wyleczyła kobietę z wielkiej nieśmiałości i nauczyła ją wyrażania własnego zdania oraz podejmowania własnych decyzji.


Nie sposób nie wspomnieć tutaj o troskliwym i opiekuńczym Peterze, który jest szefem Gizeli. Chociaż obstawiałam dla niego inną rolę w powieści, autorka przy tej postaci zaskoczyła mnie swoją wizją.


Książka była dla mnie dużym zaskoczeniem, a także dobrze spędzonym czasem. Historia w niej opisana z jednej strony jest fikcją literacką, z drugiej natomiast, zawiera w sobie elementy prawdziwej historii, a dokładniej wątek losów wojennych jednego z bohaterów, o czym możemy przeczytać w posłowiu.


Warto też zauważyć, że wątek miłosny nie gra tu głównej roli i jest tylko jej uzupełnieniem. Autorka zwraca też uwagę na toksyczne relacje między ludźmi, czy to między rodzicem a dzieckiem czy dwoma bliskimi, ale niespokrewnionymi ze sobą osobami.


Serdecznie polecam ją każdemu, kto lubi dobrze napisane historie obyczajowe z wątkiem historycznym, gdzie można wczuć się w klimat opowieści, a także nie trzyma się sztywno schematów.


Serdecznie polecam ją każdemu, kto lubi dobrze napisane historie obyczajowe z wątkiem historycznym, gdzie można wczuć się w klimat opowieści, a także nie trzyma się sztywno schematów.

Za egzemplarz dziękuję

Zaczarowany…dziennik? – recenzja książki “Bitwa o nonsens”

Rzadko sięgam sama z siebie po fantastykę. Dawniej potrafiłam czytać całe serie, teraz są to pojedyncze tomy. Może gatunek mi się przejadł i żyłam sobie w takim letargu. Przynajmniej do momentu, aż nie dostałam “Bitwy o nonsens” autorstwa Agaty Wilk.

Główną bohaterkę poznajemy w momencie, kiedy mieszka wraz z dziadkiem na pewnej wsi. Rodzice Charlene zginęli, więc opiekę nad nią przejęli dziadkowie.

Można powiedzieć, że była introwertykiem lub bardzo nieśmiałą osobą, która kochała rysować.

Pewnego dnia jednak, w jej szkicowniku pojawia się o jedną postać za dużo, co powoduje, że życie dziewczyny gwałtownie ulega zmianie – zostaje przeniesiona do krainy Enu Monde, gdzie – ku jej zdziwieniu – pełni rolę Kapłanki. Odkrywa również sekrety, które dotyczą jej matki.

Na początku trochę przeraziła mnie objętość książki, jednak w chwili, gdy zaczęłam ją czytać i wsiąkłam w świat przedstawiony przez autorkę, była ona dla mnie i tak za krótka.

Cher polubiłam od razu. Chociażby za ten upór i za to, że mimo swojej posady, która była dość ważna dla społeczeństwa i z pewnością nie zakładała narażania życia, nie bała się walczyć ani ryzykować życiem za tych, którzy byli jej bliscy. Mimo że życie rzucało jej kłody pod nogi, nie załamała się, tylko dzielnie szła na przód.

Oprócz niej moją sympatię zdobył też Axel – jednak z żołnierzy na królewskim dworze, gdzie przebywała dziewczyna. Polubiłam go za odwagę i jego charakter, w którym widziałam jedną z moich przyjaciółek.

Autorka wykreowała postacie tak, że nie mogłam ich nie polubić. Nawet jak na początku nie znosiłam Henriety wraz z główną bohaterką, to gdy tylko coś złego jej się działo, było mi dość przykro.

Świat który stworzyła autorka był bardzo ciekawy, pełen orków, demonów, aniołów, skrzatów, krasnali, faunów i pewnie jeszcze wielu ras, wciąż niepoznanych przez czytelnika. Książka jest podzielona na dwie perspektywy – głównej bohaterki i Axela.

Dużym plusem są też rysunki, które przedstawiają miejsca, w których byli bohaterowie.

Niestety moją jedyną bolączką było to, że rozdziały nie były podpisane, z jakiej perspektywy będziemy czytać. Czasami wybijało mnie to z rytmu czytania, bo musiałam szukać czasowników albo osób, które by wskazywały na to, u której postaci byłam.  

Dodatkowo zakończenie akcji w takim momencie tylko spotęgowało moją ciekawość, co będzie w następnym tomie.  

Powieść czyta się bardzo szybko i mam nadzieję, że za niedługo pojawi się kontynuacja, żebym mogła w końcu zapełnić niedosyt, który został mi po pierwszej części.

Za egzemplarz dziękuję