Miłość silniejsza niż śmierć – recenzja książki “Gdzie jesteś?”

Właśnie rozpoczął się drugi miesiąc wakacji, w związku z tym w wolne dni nadal można zmniejszać swój „stosik wstydu”. Ostatnio żyłam w świecie Hogwartu, a po „Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu” miałam lekkiego kaca książkowego. Postanowiłam więc wziąć chwilowy oddech od magii i przeczytać „Gdzie jesteś?”, autorstwa Anny Piróg.

Jednym z głównych bohaterów powieści jest hrabia Armand, który nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanej Anny. W ramach poszukiwania ukojenia wyjeżdża on poza granice kraju i przez jakiś czas mieszka w Aylesford w Anglii u swojego krewnego. Przez ciągłe zmiany nastroju, w kręgu towarzyskim jest uważany za kogoś niepoczytalnego. Czy w końcu uda mu się znaleźć spokój?

„Gdzie jesteś?” to romans z lekką nutką nadprzyrodzonych mocy, które są idealnym dodatkiem do całości. Historia opowiedziana została z perspektywy narratora trzecio osobowego. Autorka w bardzo interesujący sposób operowała słowem, zręcznie prowadząc czytelnika między jednym wydarzeniem a drugim. Warto też wspomnieć, że akcja książki działa się w 1828 roku.

Polubiłam prawie wszystkie postaci, występujące w powieści oprócz kuzynki Armanda i jej rodziny. Cieszę się więc, że były to tylko postacie drugoplanowe. Nie polubiłam również Oktawiana Bronickiego ze względu na jego paskudne zachowanie. Oczywiście rozumiem kreację ich charakterów.

Jest to drugi tom cyklu „Mroczny dwór”. Pierwszej części nie zdążyłam jeszcze poznać, natomiast „Gdzie jesteś?” czytało się bardzo przyjemnie, a przy niektórych momentach nerwowo ściskałam w dłoniach czytnik, z ogromnym zainteresowaniem czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Pewnych rzeczy z przeszłości Armanda mogłam się jedynie domyślać, ale to zmotywowało mnie do sięgnięcia po poprzednią książkę autorki.

Najbardziej podobał mi się ukazany w historii motyw miłości silniejszej od śmierci oraz to, że jeżeli dwoje ludzi są sobie przeznaczeni, ich dusze zawsze się odnajdą. Sama końcówka wbiła mnie w fotel. Przyznam, że nie tak sobie ją wyobrażałam.

„Gdzie jesteś” to książka na jeden dzień, więc polecam każdemu, kto lubi romanse.

Za egzemplarz dziękuję

Opowieści prawdziwe – recenzja książki “(Na)Dzieje. 1939-2019”

Książki historyczne mają w sobie coś, co sprawia, że lubię je czytać. Jeżeli dodatkowo zawierają w sobie informacje o ludziach, którzy żyli naprawdę oraz przybliżają ich życiorysy, zazwyczaj znajdują się one w moim must read. Tak było na przykład w przypadku serii dla dzieci „Damy dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” i „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy”, a także z książkami opisującymi klan Kossaków i klan Matejków. Teraz przyszedł czas, aby opowiedzieć o kolejnym dziele literackim opartym na faktach, czyli o „(Na)Dziejach. 1939-2019” autorstwa Wandy Romer.

Zarówno narratorką jak i bohaterką biografii jest sama autorka, która zabiera nas w czasy swojej młodości, kiedy to całe jej życie wywróciło się do góry nogami. Najpierw przez śmierć ukochanego taty (Karola hr. Romera), a potem przez wybuch II Wojny Światowej, który zmusił ją do porzucenia świata, który znała i ucieczki z ukochanego przez nią kraju. Razem z Wandą i jej mamą wybieramy się w podróż po świecie, w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca, gdzie można „zapuścić korzenie”.

Mimo usilnych prób, autorka nigdzie nie mogła poczuć się do końca jak u siebie i bardzo tęskniła za Polską. W końcu po wielu, wielu latach, bez obaw o swoje życie mogła powrócić w rodzinne strony.

W lekturze oprócz samego tekstu, zamieszczone zostały zdjęcia z rodzinnego archiwum autorki, przedstawiające m.in. ją samą, jej rodziców czy też dom, w którym się wychowywała. Dodatkowo każdy z bohaterów występujących w powieści posiada przypis, przybliżający w kilku słowach jego sylwetkę.  

Książkę czytało mi się naprawdę przyjemnie. Cały czas miałam wrażenie, że Pani Wanda siedzi naprzeciwko mnie i opowiada swoją historię. Autorka w bardzo ciekawy sposób przedstawiła kilkadziesiąt lat ze swojego życia, opisując zarówno te radosne, jak i te smutne chwile, a także wspomniała o zmianach, które wtedy zachodziły na świecie.

Jestem pod ogromnym wrażeniem jej osiągnięć – oprócz posady tłumacza (znała aż pięć języków), w późniejszych latach działała w polonijnym stowarzyszeniu „Ognisko Polskie”, którego prezesem była przez sześć lat. Imponująca jest także ilości osób, które poznała.

Z czystym sercem polecam tę pozycję wszystkim tym, które interesują się historią.

I znów grasuje morderca… – recenzja książki “Kobiety, które nienawidzą”

Jeszcze kilka miesięcy temu starałam się unikać kryminałów. Nie jest to mój ulubiony gatunek, więc raczej starałam się wybierać książki, które są w granicach moich zainteresowań. Jednak w okolicach marca otrzymałam możliwość zrecenzowania powieści
pt.: „Chłopcy, których kochano za mocno”, autorstwa Kazimierza Kyrcza Jr., w której poznałam Bednarskiego oraz jego ekipę policjantów, tropiących seryjnego mordercę znanego pod pseudonimem Kuba Szpikulec. Wtedy nie przypuszczałam, że pojawi się kontynuacja, czyli „Kobiety, które nienawidzą”.

Tym razem ekipa policjantów została odsunięta od sprawy mordercy prostytutek – wspomnianego wyżej Kuby Szpikulca, który nagle rozpłynął się w powietrzu. Ich zadanie przejęły osoby pracujące w Archiwum X. Jednak policjanci nie spoczęli na laurach – w mieście zaczął grasować kolejny morderca, którego ofiarami były osoby związane z policją. Przestępcę ochrzczono pseudonimem Bob Zabójca. Sytuacja skomplikowała się, gdy porwano jedną z policjantek. Czy bohaterowie zdążą ją ocalić?

Trzecio osobowa narracja jest tutaj prowadzona z perspektywy kilku osób, chociaż podczas czytania odniosłam wrażenie, że nazwisko Bednarskiego powtarzało się najczęściej. Podobnie jak w przypadku poprzedniego tomu, myliły mi się poszczególne osoby, które występowały w opowiedzianej historii, przez co trochę ciężko się czytało i musiałam „skakać” między stronami, żeby załapać, kto jest kim.

Przyznaję, że dzięki tej książce, patrzę na kryminały nieco przychylniejszym okiem. Jakoś w połowie lektury pomyślałam, że nawet zaczynam lubić ten gatunek. Podczas czytania nie typowałam, kto był mordercą, dałam się ponieść nurtowi historii, którą autor bardzo dobrze wykreował. W trakcie lektury dwa razy udało mi się nawet zaśmiać, a także otworzyć oczy ze zdumienia, kiedy zbliżałam się do finału.

Mam taką małą nadzieję, że jeszcze będę mogła przeczytać o kolejnych sprawach, rozwiązywanych przez Bednarskiego oraz jego ekipę i że w jak najkrótszym czasie uda mi się nadrobić pierwszy tom.

Za egzemplarz dziękuję

I kolejny klan… – recenzja książki “Klan Kossaków”

Idąc ulicą Floriańską w stronę rynku, na jednym ze znajdujących się tam budynków, można natknąć się na tablicę upamiętniającą Salon Malarzy Polskich Henryka Frista, promujący obrazy uznanych malarzy. Gdy zawędrujemy w okolice domu handlowego „Jubilat” i ulicę Retoryka, a dokładnie mówiąc – do placu Kossaka, znajdziemy tam słynną Kossakówkę, w której mieszkał znany malarz – Juliusz Kossak wraz z rodziną.

Tablica upamiętniająca Salon Malarzy Polskich w Krakowie


Gdy słyszę to nazwisko, to od razu na myśl przychodzi mi Simona Kossak – polska pani biolog, która pochodziła właśnie z tego rodu. Kiedy tylko dostałam kolejną książkę Marka Sołtysika, o wdzięcznym tytule: „Klan Kossaków”, wiedziałam, że muszę ją przeczytać.


Podobnie jak w poprzedniej pozycji tego autora, dostajemy tu biografię pokoleń, gdzie nacisk został położony w szczególności na Juliusza i Wojciecha – dwóch słynnych malarzy z rodziny Kossaków (ten drugi najbardziej znany jest oczywiście z „Panoramy Racławickiej”, którą można oglądać w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Widziałam ją tylko raz, ale i tak zrobiła na mnie ogromne wrażenie).

Rotunda Panoramy Racławickiej

Również w powieści został wspomniany syn Wojciecha – Jerzy oraz dwie jego córki – Maria i Magdalena. Rodzeństwo również odnalazło się w dziedzinach artystycznych – Jerzy został „mistrzem pędzla” (po dziadku i ojcu), a jego siostry zajęły się pisaniem i stały się cenionymi pisarkami (mowa tu o Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej oraz Magdalenie Samozwaniec). Szkoda tylko, że autor pominął Simonę i jej siostrę – zostały tylko wspomniane z imion.

Utwór został urozmaicony fragmentami listów np. Wojciecha do swojej żony, a także reprodukcjami obrazów oraz zdjęciami osób np. Reksy (córki Magdaleny).


Podobnie jak „Klan Matejków” również i tę książkę czytało mi się szybko, przyjemnie i dużo się z niej dowiedziałam. Tak jak wspomniałam wcześniej trochę jestem rozczarowana brakiem opisu życia Simony Kossak.

Romans z intrygą – recenzja książki “Beztroski książę”

Nie pamiętam już , od czego zaczęła się moja miłość do romansów których występują osoby z królewską krwią (albo przynajmniej pochodzące z wysokich rodów) – książęta, hrabiowie, ich burzliwe romanse…mam jakiś sentyment do takich wątków, dlatego gdy Nora Roberts wydała „Beztroskiego księcia”, już nie mogłam się doczekać, kiedy go przeczytam.

Książę Bennet de Cordina ma bardzo bliskie kontakty z wieloma kobietami i nie przywykł do tego, aby któraś mu odmówiła towarzystwa. Pierwszą dziewczyną, która to zrobiła, była lady Hannah Rotchild – dama dworu żony jego brata. Chodź na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniała, było w niej coś, co go bardzo intrygowało.

Jaki jest powód odrzucenia Benneta przez Hannah? Jego reputacja, która wybiega poza granice państwa? Krzywda z przeszłości? Otóż nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje…

Mimo że w tytule widnieje słowo „książę”, romans zdecydowanie należy do świata współczesnego.

Bennet był przystojnym księciem, którym zmieniał partnerki jak rękawiczki. W trakcie czytania poznajemy jego osobowość, której nie poznała dotąd żadna jego kobieta. Przez jedną chwilę nie mogłam uwierzyć w to, co zrobił, jednak ostatecznie moja złość i niedowierzanie zniknęły, chociaż dalej potępiam jego czyn.

Bardzo też polubiłam Hannah, która najbardziej zaskoczyła mnie ze wszystkich postaci. Autorka naprawdę świetnie ją wykreowała, ukazując jej dwie natury – tą pokazywaną na co dzień i tą ukrytą głęboko w środku.

Tak jak wspominałam, uwielbiam tego rodzaju książki, więc czytałam ją z wielką przyjemnością. Raz podczas lektury serce zabiło mi mocniej. W powieści również występują sceny erotyczne, jednak są one bardzo subtelnie opisane i nie odrzucają czytelnika.

Jestem bardzo zadowolona z historii. Autorka ma lekkie pióro, dzięki czemu książkę można przeczytać w jeden dzień. Powieść nie opiera się tylko i wyłącznie na romansie, ale też na pewnego rodzaju akcji i intrygach, które idealnie dopełniają fabułę. Idealna na popołudniowy relaks.

“Moja droga do wyzdrowienia” – recenzja książki “Ja, borderline i terapia”

Według Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10, osobowość borderline, jest jedną z podrodzajów tzw. osobowości chwiejnej emocjonalnie.  U osób cierpiących na to zaburzenie można wyróżnić takie objawy jak: zaburzony obraz samego siebie, tendencja do działań impulsywnych, wybuchy emocjonalne, a także huśtawki nastrojów, stałe uczucie wewnętrznej pustki i wiele innych objawów.

Dokładnie na przypadłość borderline cierpi Ruda – główna bohaterka książki Agnieszki Rosińskiej pt. “Ja, borderline i terapia”.

Poznajemy ją w momencie, gdy choroba dość mocno daje się jej we znaki, a kobieta wreszcie znalazła pomoc u terapeutki Dagmary. Z kolejnych kartek możemy dowiedzieć się o przeszłości Rudej, która nie była usłana różami. Gwałty, toksyczne związki…to tylko niektóre z problemów, z jakimi się zmierzyła i które w bardzo mocny sposób zakorzeniły się w jej podświadomości.

Nigdy nie miałam styczności z osobą z zaburzeniami typu borderline. Tak naprawdę, gdyby nie książka pani Agnieszki, nie wiedziałabym, jak zachowuje się taka osoba, więc ciężko było mi się w tym wypadku utożsamić z bohaterką. Kobieta przejawiała większość z objawów  tego zaburzenia i trzymałam kciuki, aby udało się jej z niego wyjść. Podczas lektury widzimy, jak Ruda przepracowywała swój problem, a także z czym się mierzyła: zwątpienie, autodestrukcja i coś, co jest dość powszechne wśród bliskich niektórych osób, które cierpią na przypadłość, której się nie rozumie- brak wsparcia oraz rady typu: “Weź się w garść, inni mają gorzej”.

Opowieść  napisana jest  w formie pamiętnika, przez co czułam się, jakbym siedziała z Rudą w gabinecie terapeutki.  Z początku trochę trudno było mi się wbić w rytm czytania, ale gdy doszłam do mniej więcej połowy, wciągnęłam się na całość.

Nie jest to lekka książka, jednak porusza bardzo ważny temat, jakim jest uświadomienie sobie choroby i ciągła walka o lepszy byt. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Autorce.

Książkę można zakupić tutaj: https://przystanznami.pl/sklepik/ja-borderline-i-terapia/?fbclid=IwAR3ZG0Llyo7sjDh_LOpw5v1ARUw_cU_fbD7I08rIj_DGwRKXQL2vNIgABeo

Prelegentem być…

Przed zakończeniem technikum, moja polonistka powiedziała mi, że na studiach dosyć często będę tworzyła prezentacje multimedialne i prezentowała je przed grupą. Miała rację. Odkąd dostałam się na uczelnię, bardzo często przygotowuję takie wystąpienia. Nasiliło się to w momencie, w którym wybrałam specjalność, którą jest Public Relations.

fot. Stowarzyszenie Książka za Kawę i Ciastko

Bardzo dużo się od tego czasu nauczyłam i powoli przyzwyczajam się do wystąpień publicznych. Tak więc, gdy tylko otrzymałam propozycję od Stowarzyszenia Książka za Kawę i Ciastko by przeprowadzić  w szkole prelekcję na temat bloga i blogowania, od razu się zgodziłam.

Przygotowanie pokazu slajdów nie sprawiało mi już takiej trudności jak kiedyś. Musiałam go jedynie zmodyfikować w taki sposób, aby zainteresować nim dzieci.

Prelekcja ta nie była moim pierwszym wystąpieniem publicznym. Wcześniej robiłam to już wiele razy, jednak wówczas moim audytorium była grupa znajomych na ćwiczeniach. Natomiast tym razem po raz pierwszy wystąpiłam przed nieznaną mi publicznością. Oczywiście czułam zdenerwowanie, jak przed każdym wystąpieniem.

fot. Stowarzyszenie Książka za Kawę i Ciastko

Tak naprawdę najgorzej i najciężej było mi zacząć. Jednak, kiedy już wpadłam w rytm, zaczęłam się rozgadywać. Poczułam się też o wiele pewniej niż na początku.

Każdą prelekcję, którą pamiętam ze szkoły wieńczyła głucha cisza na końcu wystąpienia. I tak naprawdę brakowało tylko tych świerszczy w tle, które tak często słyszy się w różnego rodzaju bajkach animowanych. I to tej głuchej ciszy bałam się najbardziej. Na szczęście moje obawy okazały się zbędne, gdyż dzieci były zainteresowane i zadawały pytania, przez co zrobiło mi się miło.

Wspomniana prelekcja to nie jedyna forma współpracy jaką podjęłam ze Stowarzyszeniem Książka za Kawę i Ciastko. Ostatnio na prośbę szefowej stowarzyszenia nagrałam filmik, w którym czytałam kawałek mojej ulubionej bajki z dzieciństwa. Dzień wcześniej było to dla mnie nie do pomyślenia, jako że nie lubię występować przed kamerą.

Jeżeli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o stowarzyszeniu oraz akcji, którą prowadzi, zostawiam Wam namiary:

Facebook Stowarzyszenia
Oficjalna Strona Stowarzyszenia

Artystyczny Kraków – recenzja książki “Klan Matejków”

Idąc w stronę bramy Floriańskiej, tuż nieopodal Barbakanu znajduje się pomnik Jana Matejki. Odsłonięto go w 2013 roku. Natomiast kierując się wzdłuż ulicy Floriańskiej, w stronę rynku, po lewej stronie jest Dom Jana Matejki, w którym mieszkał, będąc dzieckiem. Obecnie jest to jeden z oddziałów Muzeum Narodowego w Krakowie.

Pomnik Jana Matejki

O Matejce co nieco słyszałam, zawsze coś nauczyciele mówili, ale nigdy nie interesowałam się jego życiem, a też za bardzo nauczyciele takiej wiedzy nie wymagali. Jednak, kiedy przyszła do mnie książka pt. „Klan Matejków” autorstwa Marka Sołtysika, od razu wzięłam się za jej czytanie.

Jest to typowa książka historyczna, która opisuje życie tego wielkiego malarza. Poznajemy je w momencie, kiedy umiera mu matka, a opiekę nad nim i braćmi przejmuje ojciec. I tak towarzyszymy Matejce aż do śmierci, powoli poznając jego życie, a nawet to, kim byli ludzie, których rysy można odnaleźć w jego dziełach.

Dawny dom Jana Matejki

Czytało się ją naprawdę przyjemnie i jestem bardzo zadowolona, że nie ma w niej, tylko i wyłącznie tekstu, a są dołączone zdjęcia obrazów oraz autentyczne zdjęcia Matejki, (którego zawsze widziałam jako człowieka starszego, dzięki książce zobaczyłam, jak wyglądał, kiedy był młody). Podczas czytania miałam wrażenie, że ktoś mi to wszystko opowiada. Autor ma bardzo lekkie pióro, dzięki czemu lekturę czyta się bardzo szybko.

Widząc jednak tytuł, miałam nadzieję na trochę więcej informacji o jego rodzinie, a nie tylko o samym malarzu, ale w ostatecznym rozrachunku nie wpływa to na walory książki. Dzięki niej poznałam postać, chociażby Stefana Witolda Matejki. Gdybym nie czytała tej książki, prawdopodobnie, poznałabym go dopiero wówczas, gdybym przypadkowo gdzieś natknęła się na jego dzieło.

Prawie zalany Kraków – recenzja książki “Powódź”

Kraków jest miastem pełnym inspiracji – dorożki, kawiarnie, liczne muzea… Tematy na powieści i reportaże wręcz „leżą” na ulicy, jak określił to jeden z moich wykładowców. Paweł Fleszar, autor powieści pt.: „Powódź” po części zainspirował się…barkami, które są zakotwiczone na Wiśle.

Książka opowiada historię Krisa, prowadzącego śledztwo w sprawie rzekomego samobójstwa swojego przyjaciela z dzieciństwa. Szuka on również tajemniczej Zuzy – dziewczyny z portretu, znajdującego się na odwrocie pożegnalnego listu, który zostawił Kuba. W śledztwie pomaga mu Marika – przypadkowo spotkana nastolatka oraz Kamil – kolega Mariki, spec od komputerów. Dlaczego Kuba popełnił samobójstwo? I co oznacza tajemnicza „Powódź”, widniejąca w tytule książki, a także kim jest tajemnicza dziewczyna, po której nie został żaden ślad?


Nie czytam jakoś dużo kryminałów więc pozycja ta jest to dla mnie pewnego rodzaju odskocznią od moich ulubionych gatunków. Jak we wszystkich książkach tego typu dałam się ponieść akcji i nie dumałam nad tym, kto jest winny, a kto nie.

Widok na zacumowane barki na Wiśle, w tle most Grunwaldzki


Kris jest głównym bohaterem „Powodzi”. To były żołnierz, ojciec małego Szymka i mąż Natalii, z którą ma problemy małżeńskie. Potępiłam go tylko raz, kiedy zrobił coś, czego nigdy bym mu nie wybaczyła. Zresztą potępiłam też za to jego żonę.


Tak naprawdę podczas czytania nie polubiłam tylko i wyłącznie Mariki – jakoś na samym początku mnie odpychała, a pod koniec była mi zupełnie obojętna.


Lubiłam za to Kamila, typowego komputerowca, który na swój sposób był mądry i lojalny, a także pokazał, że mimo wszystko będzie chronić Marikę.


Powieść jest napisana dwutorowo – z jednej strony mamy do czynienia ze śledztwem w sprawie samobójstwa, a z drugiej z opisem walki jaką Kraków toczył z powodzią, która mogła zalać miasto.


Bardzo podobały mi się wycinki z gazet i artykułów (pojawiły się w nich wzmianki o darknecie, handlu dziewczynami oraz filmami prawdziwych zabójstw), będące przerywnikami podczas kolejnych, można by powiedzieć rozdziałów.


Książka jest dość krótka i daje się przeczytać w jeden dzień. Spędziłam z nią bardzo miło czas, jeszcze przed kwarantanną. Podczas czytania trzeba zwrócić uwagę na szczegóły i szczególiki, które mają znaczenie dla fabuły powieści.

Trochę o narzędziach pracy – czytnik

W obecnych czasach nie wyobrażam sobie życia bez telefonu i laptopa. Służą mi zarówno jako sprzęt do pracy, jak i do rozrywki. Ostatni czas jednak pokazał, że mogłabym się obejść bez komputera, ponieważ moja komórka bardzo dobrze go zastępuje – pod warunkiem, że uzyskam połączenie z Wi-Fi.

Jest jednak jedna kwestia, gdzie ani smartfon, ani komputer się nie sprawdzają. Chodzi o czytanie książek. Zazwyczaj, kiedy mam coś na nich przeczytać, to dość szybko się rozkojarzę, albo po chwili zaczynają mnie boleć oczy. Dlatego też wszystkie książki recenzenckie czytałam zazwyczaj na dość starym czytniku, który w zeszłym roku wyzionął ducha. Nie było rady – musiałam zaopatrzyć się w nowy.

Dość długo szukałam tego, co będzie mi odpowiadało. Tak naprawdę na początku chciałam, tylko aby działał i polowałam na najtańszy. Zapoznając się jednak z opiniami, czytając na forach i pytając na grupach, głównie się powtarzało, że dobrze by było, aby czytnik miał podświetlenie. Co do dotykowego ekranu, to kwestia gustu. Ostatecznie zdecydowałam się na InkBook Lumos, który jest o wiele mniejszy i lżejszy od swojego poprzednika.

Ma podświetlenie, ale z niego nie korzystam. Raz spróbowałam, ale przy zgaszonym świetle oraz ustawieniu podświetlenia na najmniejszy parametr, wciąż światło było dla mnie za mocne. Pewnie to kwestia przyzwyczajenia, jednak też bardzo rzadko czytam w nocy, a jeżeli mi się zdarzy – zawsze mam gdzieś włączoną lampkę.

Czytnik ma opcję połączenia z Internetem, jednak bardzo długo zajmuje mu wczytanie strony, co może być trudne, jeżeli ktoś korzysta, chociażby z Legimi. Stary system androida
w tym nie pomaga. Nie można też niczego pobrać w PDF bezpośrednio na urządzenie, tylko na komputer, a potem dopiero przesłać na InkBooka.

Długo też szukałam etui, które by do niego pasowało, ale niestety stacjonarnie kupić go nie mogłam. Wszystko oferowane było drogą wysyłkową. W końcu jednak udało mi się trafić na stoisko InBooka na Targach Książki w Krakowie, gdzie na szczęście były one dostępne.

Miałam tam możliwość zobaczenia, jak etui wygląda na urządzeniu i czy takie będzie mi odpowiadało. Przy okazji zakupu, dostałam też gratis lnianą torbę.

Mimo swoich wad czytnik ma też swoje plusy. Kiedy nie korzysta się z Internetu, bateria działa bardzo długo (tak dla przykładu, korzystałam ostatnio z czytnika, żeby dostać się do materiałów na studia, które są mi potrzebne i zamiast go wyłączyć, urządzenie znalazło się w trybie uśpienia. Prawie po 24 godzinach, które spędziło w tym trybie, bateria spadła zaledwie o sześć procent).

Można czytać zarówno polecane do czytników pliki e-pub (ja nie umiem się na nie przestawić), a także PDF (co jest dla mnie zbawienne, jako że na czytniku znajdują się materiały do pracy licencjackiej i zamiast brać całego laptopa, pokazuję promotorowi jakieś ulotki, raporty właśnie na czytniku).

Nie oczekuję od Lumosa dużo, biorąc pod uwagę fakt, że nie używam go jako narzędzia do rozrywki. Zazwyczaj korzystam z niego, kiedy potrzebuję coś na uczelnię albo kiedy dostanę recenzencki plik w wersji elektronicznej. Potem urządzenie trafia z powrotem do szafy. Ja jestem z niego zadowolona i mam nadzieję, że podziała przez kolejne parę lat.